Pogoda

18+

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.

przejdź do strony zabierz mnie stąd

18.12.2015 13:38

Pasterka, czyli pijemy

Puścić pawia przy stole wigilijnym trochę nie wypada. Ale na pasterce – będzie nam wybaczone.

foto: Polaris / East News

Nigdy nie udało mi się być na pasterce. Tyle razy obiecywałam sobie, że pójdę, rzucałam hasło na Facebooku i końcu albo wigilia kończyła się za późno, albo zalegałam przed telewizorem. Szkoda, bo koło nosa przeszła mi jedyna w swoim rodzaju impreza. Moment, kiedy po ucztowaniu z rodziną można na legalu przedłużyć biesiadę w kościele. Albo pod kościołem, jak kto woli.

Punkt północ

- Co roku zbieraliśmy się punktualnie o północy, szliśmy do najbliższego sklepu lub na stację benzynową i tak zaczynała się plenerowa balanga trwająca aż do rana. Jakoś nie było nam zimno. A potem zdychanie przez całe święta... Ale nigdy nie żałowałem. W tej „pasterce” brały udział również postacie, z którymi na co dzień nie utrzymywało się kontaktu. Wszyscy w wyśmienitych humorach, życzliwi wobec siebie. Bardzo miło to wspominam, tym bardziej, że wtedy padał jeszcze śnieg, którego teraz od paru ładnych lat nie ma – rozmarza się Wojtek.

- Mam nadzieję, że ten zwyczaj nie umarł w narodzie, że jest podtrzymywany. Tak myślę, bo spędzając w zeszłym roku święta w rodzinnym mieście mojej żony odkryłem, że jej 35-letni brat praktykuje „pasterkę”. Pomijając wszystko inne, to także jedyny dzień w roku, kiedy wszyscy jego koledzy zjeżdżają do rodzinnego miasta. Jest w tym coś epickiego.

Góralski haft

Atrakcje czekają także na nudziarzy, którzy zdecydują się wejść na mszę.

- Kościół w Milówce. Grają bracia Golcowie. Gwiazdy w rodzinnym mieście. Na ambonie proboszcz. Do tego chór Chór Milowiecki, więc już w ogóle wielka napinka i podniosły nastrój. A tu nagle z balkonu na podwyższeniu wychyla się facet i jakby nigdy nic puszcza pawia. Obrzygał moją znajomą, której nie lubię - więc przyznam, że nawet się ucieszyłem i zachichotałem, jak zły Mikołaj. Poza tym nikt nie zareagował. Facet wrócił do śpiewania, cała reszta – oprócz nieszczęśniczki – w ogóle nie okazała, że coś się stało. Wymiociny leżały sobie spokojnie do końca mszy, nikt ich nie sprzątnął. Przecież można było się na tym pośliznąć. Nie mówiąc o smrodzie – ale w sumie na pasterkach zawsze śmierdzi.

Czynnik ludzki – przyznaje Olek. - Taka to niby zwykła msza, tylko o północy i z kolędami. Ale strasznie lubię te pasterki. Bardziej chyba, niż wigilię. Chłopy w górach żrą i chleją od pierwszej gwiazdki, więc koło północy są już mocno pijani. Czerwone twarze, które się do mnie śmieją, więc ja do nich też. W kościele trochę ochłoną, zagrzeją się, ale wracają do domu i znów łoją. Parę luf i spać.

Z kolei w Krakowie po pasterce mój pijaniutki znajomy wpadł na pomysł, żeby uprawiać seks z bałwanem. Dla jaj, mam nadzieję. Zaczął przytulanki. Niestety, bałwan nie był chyba zainteresowany, nie podjął czynności - ale też specjalnie nie protestował. Kolega sam zrezygnował z braku sił. Jak to bywa z numerkami po alkoholu.

Radosna nowina

Pasterka dla wielu nie jest już spotkaniem religijnym, ale świeckim świętem. Tradycją, którą trzeba przekazać następnemu pokoleniu. Niech i ono się raduje!

- Na jednej pasterce kumpel dolał atrament do wody święconej. Pojęcia nie mam jak to zrobił. Ale musiał się przygotować, kupić co trzeba, wyczuć moment, kiedy nikogo nie będzie w pobliżu. Widziałem potem ludzi z ciemnymi kroplami na twarzy, na ubraniach. Nie wiem, czy to fajne: kobiety w odświętnych kieckach, wymalowane i coś takiego – myśli głośno znajomy reżyser.

- Mimo wszystko był to jakiś ubaw. Zresztą, chłopak został potem aktorem, więc lubi show. Pił wtedy na potęgę. Nie wiem nawet, czy to pamięta. W tamtych czasach publicznie wyzywał księży od pedofilów, robił szopkę przy każdej okazji. Pasterka była do tego idealna, wiec co roku coś się działo.

Ja sam tylko raz dotarłem w Wigilię do kościoła, właśnie wtedy. Pasterka była świetną wymówką, żeby po prostu wyjść w święta z domu. Szkoda było czasu na modlitwy. Zgadywaliśmy się z kumplami, braliśmy niedopitą flaszkę ze stołu i piło się pod blokiem. Dosłownie pod oknami. Albo pod najbliższą szkołą. Na osiedlu stało dużo takich grupek, zwykle po trzy – cztery osoby, często zupełnie z innych bajek i parafii. Upijanie się w dziwnym towarzystwie, tęsknię za tym.

Tagi: #18+ #Aleksandra Różdżyńska