Pogoda
10.08.2017 18:43

Atomic Blonde [RECENZJA]

„Atomic Blonde” to teledyskowe kino akcji z fabuła, która z jednej strony może być dla jednych widzów zbyt skomplikowana, a dla innych przewidywalna. Warto wybrać się na najnowszy film Davida Leitcha?

Atomic Blonde [RECENZJA]
foto: materiał prasowy

Od kilkunastu lat w kinie utrzymuje się trend ekranizowania komiksów. W przypadku „Atomic Blonde” nie jest inaczej, bo najnowszy film Davida Leitcha bazuje na powieści graficznej „The Coldest City”. Nie jest to jednak kolejna historyjka o superbohaterach. Tym razem mamy do czynienia z poważniejszą tematyką. Jest rok 1989. Tytułowa blondynka to Lorraine Broughton (Charlize Theron) - tajna agentka brytyjskiego wywiadu MI6. Kobieta dostaje od przełożonych (James Faulkner, Toby Jones) zadanie. Musi udać się do trzęsącego się w posadach Berlina i odzyskać zagubioną listę z nazwiskami agentów, od której zależy przyszłość świata. Na miejscu ma się skontaktować z człowiekiem agencji, dekadenckim Davidem Persivalem (James McAvoy). Misję komplikuje jednak podwójny agent o pseudonimie Satchel.

Za produkcję odpowiada Leitch, który stworzył pierwszą część „Johna Wicka” i został zaangażowany do reżyserowania „Deadpoola 2”, więc od początku można się było spodziewać filmu akcji, w którym poleje się krew, a podłoga zapełni się pustymi łuskami po nabojach. I tak jest, ale fabuła nie jest tylko przykrywką dla niekończącego się, bezmyślnego mordobicia. Scenariusz autorstwa Kurta Johnstada ma swoje słabe i mocne strony, ale posiada też to, bez czego żaden film o szpiegach nie może się obejść - zwroty akcji. I tu pojawia się problem. Dla przeciętnego zjadacza popcornu zawiłości, nielinearny sposób narracji i częste „skakanie” z jednego wątku w drugi mogą być przytłaczające. Bardziej wymagający kinoman domyśli się, na czym polega intryga już w pierwszej połowie filmu i pozostanie mu jedynie czekać na koniec, by przekonać się, czy miał rację. No i niestety końcówka jest całkowicie amerykańska, co trochę psuje cały obraz. 

Postacie występujące w „Atomic Blonde” są bardzo charakterystyczne, czasami wręcz komiksowo przerysowane, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Charakter postaci budują świetna charakteryzacja i kostiumy. O kreacjach aktorskich tak dobrych słów już raczej powiedzieć nie można, ale dramatu też nie ma. Z przeciętnego tła wybija się McAvoy, który ponownie udowodnił, że potrafi wcielić się w zróżnicowanych charakterologicznie bohaterów. Dobrze wypadli też John Goodman (niestety obsadzony po warunkach) i Eddie Marsan w epizodycznej, ale ważnej dla fabuły roli Spyglassa. Theron, której nie można odmówić talentu aktorskiego. Na pewno dała z siebie wszystko, szczególnie w scenach walki, w których wystąpiła osobiście. Jednak, jeśli chodzi o postać Lorraine, to wieje sztampą. No, bo ile można oglądać kolejne „zimne suki”?

Film akcji nie może obyć się bez widowiskowych scen walki, pościgów i strzelanin. Tu jest tego cała masa. Na szczęście te elementy nie dominują fabuły, przez co film spokojnie może obejrzeć osoba, która nie przepada za tego typu kinem. Jedna z niekończących się scen potyczki Lorraine z radzieckimi agentami wije jednak nudą i po kilku minutach męczy, a nawet wywołuje śmiech, chociaż w zamyśle twórców raczej nie taki był jej cel. Po obejrzeniu zwiastuna miałem nadzieję, że film będzie podchodził do scen walki z większym dystansem. I są absurdalne momenty rodem z produkcji Roberta Rodrigueza, ale nie przystają do raczej realistycznej atmosfery filmu. Mimo wszystko duży plus za choreografię walk i montaż pozwalający śledzić ruchy pojedynkujących się postaci.

Mimo sporej dawki realizmu „Atomic Blonde” ma pewne elementy oniryczne, które wynikają z budowanego w filmie klimatu przerysowanego schyłku lat 80. poprzedniego wieku. Bardzo dobrze odtworzono realia podzielonego murem Berlina. W ogóle stolica Niemiec pełni bardzo ważną rolę w tej produkcji i jest niejako jednym z głównych bohaterów. Całość dopełnia ścieżka dźwiękowa idealnie wpisująca się w klimat miasta tuż przed upadkiem Muru Berlińskiego, która zachwyci niejednego melomana. Jest między innymi „Blue Monday” z repertuaru New Order, „Cat People” Davida Bowiego, „Poison” Alice'a Coopera, „Immigran Song” Zeppelinów, „London Calling” zespołu The Clash, „Behin the Wheel” Depeche Mode, „Killer Queen” grupy Queen oraz nieśmiertelny przebój Neny „99 Luftballons”. Z drugiej strony ciągła obecność muzyki połączonej z ładnymi obrazkami, momentami sprawia wrażenie, że ogląda się teledysk. Na barkach ścieżki dźwiękowej spoczywa też nierzadko budowanie atmosfery sceny. Jak w niemym kinie.

Ogólnie nie jest źle, ale „Atomic Blonde” do wybitnych dzieł nie należy. Powstały o wiele lepsze filmy z tego gatunku. Propozycja Davida Leitcha wybija się na tle pozbawionych fabuły produkcji, które obecnie zalewają kina, ale czegoś jej brakuje. Na pocieszenie mogę dodać, że jeśli zmęczą Was sceny akcji, albo zagubicie się w fabule, czas umilą Wam ładnie wystylizowane kadry i hity przez duże „H”. 

Ocena: 3,5/5

Sergiusz Kurczuk
Tagi: #Recenzje