28.11.2017 14:32

Dlaczego Quentin Tarantino nie ma Netflixa?

Jeden z najbardziej uwielbianych reżyserów świata wyraził niedawno swoje zdanie o najpopularniejszej platformie streamingowej i o sposobie odbierania filmów przez dzisiejszą publiczność.

Dlaczego Quentin Tarantino nie ma Netflixa?
foto: kadr z wideo

Quentin Tarantino to nie tylko filmowiec uwielbiany przez miliony widzów na całym świecie, ale też miłośnik kina, któremu mało kto może dorównać w ilości obejrzanych filmów. Jego miłość do kinematografii, którą porównywać można tylko z kinofilią przedstawicieli francuskiej Nowej Fali, jest powszechnie znana i ceniona. Dlatego w kwestiach oceny przemysłu filmowego, opinii na temat filmu jako sztuki, czy tego, jak powinno się filmów doświadczać – wiele osób uznaje Tarantino za autorytet.

tarantino 2

Nie dziwi więc, że w dobie wielkiego zachwytu nad platformami streamingowymi został zapytany o to, co sądzi na temat Netflixa. Jego odpowiedź, jak zwykle, prezentuje ciekawy punkt widzenia na sprawę. Jak powiedział:

"

Nie ma mnie na Netflixie, więc nie potrafię nawet powiedzieć, jak to dokładnie działa… (…) Ale nawet jeśli masz po prostu wszystkie filmowe kanały w pakiecie – a ja mam – bierzesz pilota, przeglądasz listę i klikasz, i oglądasz coś lub nagrywasz, i może nawet nigdy nie zabierzesz się za oglądanie tego albo faktycznie to obejrzysz, i wtedy zobaczysz 10 lub 20 minut, i może zaczniesz robić coś innego na zasadzie „Eeee, nie kręci mnie to”. I to jest właśnie to, w co teraz wpadliśmy. Niemniej, kiedyś istniała inna jakość sklepów z filmami. Wchodziłeś do takiego sklepu, rozglądałeś się, brałeś do ręki pudełko, czytałeś o filmie. Dokonywałeś wyboru. (…) Inwestowałeś w to w sposób, którego nie dają teraz nowoczesne technologie w kwestii filmów. (…) Więc to jest to, co straciliśmy. W ten dziwny sposób tym, co tak naprawdę straciliśmy jest poświęcenie. "

Biorąc pod uwagę stosunek Tarantino do kinematografii, niespecjalnie dziwi fakt, że reżyser nie jest użytkownikiem Netflixa. Nie jest zresztą pierwszym uznanym filmowcem, który wyraził się o platformie niepochlebnie. O dziwo, reżyser nie ubolewa jednak nad tym, jak rozwój Netflixa i podobnych serwisów zagraża kiniarzom i całemu przemysłowi filmowemu, lecz nad tym, jak wpłynął on na sposób odbierania filmów przez widzów. A to jest rzecz, która wyjątkowo przygnębia reżysera:

"

To dla mnie bardzo smutne, bardzo bardzo smutne. Jestem bardzo zaskoczony tym, jak szybko to wszystko się wydarzyło i tym, jak publiczność w pewien sposób poszła do przodu. I tym, że nikt nie spogląda wstecz i nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. I to nie jest tylko kwestia nostalgii. "

Trudno nie zgodzić się z tym, że odbieranie filmów przez współczesnych widzów diametralnie różni się od tego, jak filmy były odbierane w przeszłości. Kiedyś, by obejrzeć film faktycznie trzeba było zdecydować się na konkretny tytuł i jeśli już nie pójść do kina, to kupić go lub wypożyczyć na wideo. Za każdym razem decyzja ta wiązała się z wydaniem pieniędzy na konkretny film, któremu widz postanowił poświęcić swój czas. Dziś wszystko mamy w pakiecie i abonamencie i porzucamy to, co nie zaciekawiło nas pierwszymi 15 minutami. Niezależnie od tego, jaką naprawdę posiada to wartość. Ocenianie wartości filmów też odbywa się bowiem w zupełnie inny sposób niż kiedyś. Dawniej ludzie kupowali czasopisma filmowe, opierali się na recenzjach wykształconych krytyków, czerpali z nich wiedzę i konfrontowali z nimi swoje prywatne opinie w dyskusjach ze znajomymi. Dziś sukces bądź porażka filmu zależy głównie od ilości gwiazdek na imdb.com, które przyznają sami widzowie i na procentowej świeżości obliczonej według algorytmów Rotten Tomatoes. Nie dziwi, że filmowcy nie potrafią znieść tego, że współczesne serwisy internetowe uprawniają każdego do nadawania wartości ich dziełom, nad którymi często pracują latami. Do wrzucania „Milczenia” do jednego worka z „Ligą sprawiedliwości”.

tarantino 1

Najwięksi twórcy kina autorskiego, jak Jean-Luc Godard, Francois Truffaut, Michelangelo Antonioni czy Ingmar Bergman nie odnaleźliby się raczej w dzisiejszej rzeczywistości. Nie dziwi więc, że trudno odnaleźć się w niej Quentinowi Tarantino, który jest poniekąd ich duchowym spadkobiercą. Niemniej, jesteśmy mu wdzięczni, że mimo wszystko próbuje i że niebawem zobaczymy jego dziewiąty film opowiadający o kulturze popularnej przełomu lat 60. i 70. Oby tylko nie był przedostatnim, jak zapowiada cały czas reżyser. 

Natalia Hluzow
Tagi: #Duperele #Netflix #Quentin Tarantino