27.12.2017 12:31

Ridley Scott uważa, że jest zbyt niebezpieczny, by reżyserować „Gwiezdne wojny”

Twórca „Blade Runnera” i serii o „Obcym” uważa, że Disney bałby się zatrudnić go do pracy przy „Star Wars”.

Ridley Scott uważa, że jest zbyt niebezpieczny, by reżyserować „Gwiezdne wojny”
foto: kadr z wideo

Nie da się zaprzeczyć, że Ridley Scott jest jednym z najsłynniejszych współczesnych reżyserów. W 1979 roku dokonał rewolucji w kinie wydając na świat Obcego, a 3 lata później wyprzedził swoją epokę, realizując oryginalnego „Blade Runnera”. Związany ze swoimi sztandarowymi dziełami od ponad 30 lat, w 2017 roku zrealizował „Obcego: Przymierze” oraz wyprodukował „Blade Runnera 2049”, którego reżyserią zajął się Denis Villeneueve. Podczas jednego z ostatnich wywiadów został więc zapytany o inną leciwą serię, która do dziś jest u szczytu popularności, czyli „Star Wars”. Jak wiadomo, prawa do niej dzierży Disney, który wraz z zakupem 20th Century Fox pozyskał także prawa do serii o Obcym. Ridley Scott wydaje się nie być tym faktem zachwycony, a jako że słynie nie tylko z kreatywności i doskonałego wyczucia estetycznego, ale też z szorstkiego charakteru, wypowiedział się na ten temat dość ostro.

Reżysera zapytano, czy poza kontynuacjami własnych dzieł, rozważał kiedykolwiek wejście w cudze buty i zrealizowanie filmu z serii „Star Wars” oraz czy kiedykolwiek zostało mu to zaproponowane. Odpowiedział stanowczo:

"

Nie, nie. Jestem na to zbyt niebezpieczny. Dlaczego? Ponieważ wiem, co robię. [śmiech] Myślę, że oni [szefowie Disney’a] lubią kontrolować sytuację, a ja lubię kontrolować się sam. Jeśli bierzesz faceta, który robił dotychczas niskobudżetowe filmy i nagle dajesz mu 180 milionów dolarów, to nie ma żadnego sensu. To jest głupie. Wiesz, ile kosztują dokrętki? "

Scott z pewnością to wie, gdyż wydał na nie niemal „Wszystkie pieniądze świata”, po tym jak w związku z oskarżeniami o molestowanie usunął z filmu Kevina Spacey’a już po zakończeniu zdjęć i wszystkie sceny z jego udziałem nakręcił jeszcze raz z Christopherem Plummerem.  

Reżyserowi chodziło jednak o coś zupełnie innego. Dla 80-letniego filmowca zatrudnianie młodych reżyserów do wielkich przedsięwzięć z długoletnią tradycją to pomyłka. I choć ani J.J. Abrams ani Rian Johnson nie byli żółtodziobami, kiedy zostali zaangażowani do pracy przy „Gwiezdnych wojnach”, Scott uważa, że tylko wieloletnie doświadczenie umożliwia radzenie sobie z filmem o ogromnym budżecie. Z drugiej strony jednak, ma świadomość, że tylko początkujący twórcy pozwalają sobą sterować, a tego - według Scotta - wymaga dziś praca przy hitowych franczyzach.

Brak kreatywności w tworzeniu kolejnych „Gwiezdnych wojen” zarzucał już kiedyś Disney’owi sam George Lucas, więc jest w tym zapewne sporo prawdy. Niemniej, zamiast pieklić się na warunki pracy reżyserów w Disney’u i obrażać się na młodszych kolegów, starsi panowie filmowcy mogliby wziąć przykład z Quentina Tarantino, który – choć ma kilka lat mniej od Scotta i Lucasa – zdążył wyrobić sobie bardzo silną pozycję w branży filmowej i właśnie przygotowuje się do zrealizowania swojej autorskiej wizji „Star Treka” w wersji tylko dla dorosłych. Można? Można! Wystarczy tylko chcieć i działać, zamiast narzekać. 

Natalia Hluzow
Tagi: #Duperele #Gwiezdne wojny #Ridley Scott #Star Wars