21.02.2017 13:39

Atak krwiożerczych donatów [RECENZJA]

Cukier, słodkości i mnóstwo okropności. Oto przepis na „Atak krwiożerczych donatów”.

Atak krwiożerczych donatów [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Donaty nie należą do szczególnie zdrowych dań. Każdy diabetolog i dietetyk powiedzą, żeby trzymać się od nich z daleka. Niestety, ale film Scotta Wheelera ma podobną wartość. Można by się było spodziewać bomby kalorycznej wypełnionej serią absurdalnych żartów, gdzie jeden niesmaczny gag goni kolejny. Przyda się jednak zaparzenie kawy, aby nie usnąć przy mozolnym rozwoju wydarzeń na ekranie. Donat do małej czarnej jak znalazł.

 „Atak krwiożerczych donatów” nie pozostawia złudzeń co do tego z jakim kinem mamy do czynienia. Napisana naprędce fabuła, gastryczno-fekalny humor, efekty specjalne za grosze i nieodstająca od tego poziomu gra aktorska oraz garść pięknych młodych dziewczyn z obfitymi biustami paradująca w kusych strojach. Czego w tym nie kochać? Każdy fan „śmieciowego kina” powinien być po tym opisie kupiony. Jednak miłośnicy filmów „tak złych, że aż dobrych” mogą poczuć rozczarowanie...

Akcja grzęźnie jak pączek w głębokim oleju. Może gdyby pełny metraż zastąpić krótkim, to całość nabrałaby tempa, a tak widz zostaje zmuszony do śledzenia przydługiej fabuły nim natrafi na prawdziwe mięso, czy też w tym wypadku nadzienie. Zanim dojdzie do tytułowego ataku poznajemy Johnny'ego Wentwortha, który wraz ze swoją, a jakże, nieprzyzwoicie czarującą koleżanką Michelle pracuje w sklepie z donatami. Ona się w nim podkochuje, on zaś jest zapatrzony w Veronicę, która tylko wyłudza od niego pieniądze, a sama sypia z kim ma ochotę. Jest też wujek Johnny'ego, szalony i nieudolny naukowiec, przez którego wszystko się stało.

Na planie twórcy i aktorzy musieli mieć mnóstwo zabawy. Rzucanie w siebie słodkimi ciastkami, odbijanie ich kijem do hokeja czy rakietą tenisową, musiało powodować powstrzymywanie się od wybuchnięcia śmiechem. Na ekranie nie jest już tak zabawnie. Dowcipy związane z defekacją i donaty rozrabiające niczym Gremliny z filmu Joego Dante nie mają zbyt wiele komicznej siły. Sytuacji nie ratuje też pączkowy hipis, para fajtłapowatych policjantów czy romans między matką a najlepszym kumplem Johnny'ego. A przecież mogło być zabawnie. Twórcy podobnych propozycji niejednokrotnie udowodnili, że z istnej durnoty można zrobić komediową perełkę.

W „Ataku krwiożerczych donatów” część gagów się udała. Reżyserowi zapisuje się na plus próby zabawy popkulturą i wplatania filmowych cytatów z innych dzieł. Jest tego jednak za mało. Zamiast czuć się wypchanym po uszy dobrą wysokokaloryczną zabawą, można poczuć wyrzuty sumienia, że nie wybrało się dietetycznej sałatki. Jednak fani gatunku powinni znaleźć tu coś dla siebie. Poza tym z kilkoma piwami nawet najbardziej zeschnięty donat smakuje jak tiramisu z samej Italii. A przecież, nie oszukujmy się, w tego rodzaju kinie też i o to chodzi.

Ocena: 2/5

„Atak krwiożerczych donatów” będziecie mogli obejrzeć w różnych kinach w całej Polsce w ramach festiwalu Fest Makabra.

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje