29.12.2016 17:11

Atak tyrolskich zombie [RECENZJA]

Zombie wychodziły spod ziemi, przywdziewały mundury oficerów SS, a nawet wchodziły w skórę, czy też może futro, bobrów. Tym razem wybrały zaśnieżone austriackie stoki.

Atak tyrolskich zombie [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Jak wyznał Dominik Hartl, reżyser „Ataku tyrolskich zombie”, pomysł na film wpadł mu do głowy po wizycie w jednym z górskich barów. Obserwował tam gości lokalu, którzy z każdym kolejnym kuflem piwa z mętnym wzrokiem poruszali się coraz bardziej chwiejnym krokiem upodabniając się tym samym do figury żywego trupa. Ostatecznie przełożenie tej koncepcji na pełen metraż ziściło się.

Steve to profesjonalny snowboardzista. Luzacki styl bycia, a dokładniej jeżdżenie z gołym tyłkiem przed kamerą i obiektywem aparatu fotograficznego, doprowadziło do tego, że sponsor zrywa z nim umowę i wraz ze swoją dziewczyną i kumplem zostają uziemieni na jednym z austriackich szczytów. Najbliższe skupisko ludzi oddalone jest o wiele kilometrów, autobus do miasta już nie kursuje, a na zewnątrz panuje siarczysty mróz. Tyle dobrego, że przynajmniej mają pod ręką gospodę, gdzie akurat odbywa się impreza z okazji końca sezonu. Optymizmem nie napawa jednak fakt, że osoby zebrane na górze zaczynają przemieniać się w zombie w wyniku kontaktu z niebezpieczną substancją.

Już sam tytuł sugeruje z jakim obrazem mamy do czynienia. Fani horrorów, w których piętrzą się absurdy, groza zastaje wyparta przez humor, a gdzieniegdzie dla smaczku dorzuci się kilka scen rodem z kina gore, powinni być usatysfakcjonowani filmem Austriaka. Z pewnością jest zabawnie. Już sam fakt, że rodacy Johanna Straussa posługują się na ekranie angielskim z typowym dla siebie twardym akcentem wywołuje komiczny efekt. Dorzućmy do tego zestawu groteskową barmankę w osobie Margarete Tiesel znanej z „Raj: Miłość” Ulricha Seidla, która z kroczącymi trupami rozprawia się za pomocą karabinu maszynowego i odśnieżarki spalinowej, a robi się jeszcze weselej. Nie trzeba wlewać w siebie piwa w gospodzie, aby być tak samo rozbawionym, co po wypełnionej alkoholem nocy.

W „Ataku tyrolskich zombie” znaleźć można cały szereg scen, których absurd bawi do łez - niezapomniane krwiożercze sarenki czy wykańczanie truposzy w stylu, którego nie powstydziłby się Shaun White, legenda snowboardingu. Film z serii „tak zły, że aż dobry”? Nie do końca. O ile nie brak tu perełek klasy B, tak też niestety niektóre rozwiązania stanowią dla filmu upadek prosto w zaspę śniegu. Część żartów zupełnie nie wypaliła, szwankuje niekiedy montaż, a niektóre sceny osłabiają jedynie tempo dzieła. Twórcy mogli jeszcze bardziej puścić wodze wyobraźni, przekroczyć o jedną granicę absurdu więcej, jeszcze bardziej zaszaleć i na nic nie zważać.

Pokochaliście „Wysyp żywych trupów”? Do „Ataku tyrolskich zombie” być może nie zapałacie tak samo gorącym uczuciem, ale zaśnieżonym stokom zapełniającym się krwią umarlaków z pewnością warto dać szansę. Sformułowanie „białe szaleństwo” nabiera tu zupełnie nowego znaczenia.

Ocena: 3/5

„Atak tyrolskich zombie” nie pojawi się w polskich kinach, ale od 30 grudnia 2016 roku możecie go oglądać w serwisach VOD.

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje