23.11.2016 16:15

Atlanta

Atlanta to najbardziej zaludnione miasto stanu Georgia. Można by tam z pewnością znaleźć mnóstwo tematów na fabułę serialu, ale czemu nie opowiedzieć po prostu o prozie życia ukazanej z perspektywy czarnych?

Atlanta
foto: materiały prasowe

Choć serial „Atlanta” to historia o wzlotach i upadkach początkującego rapera, to nie doświadczymy tu scen rodem ze „Straight Outta Compton”, gdzie ostrzały z prowadzone z samochodu są na porządku dziennym, a bez naładowanego gnata za paskiem szerokich spodni lepiej nie ruszać się z domu. Nie będzie też śledzenia bohaterów na drodze od zera do sławy światowego formatu, na której piersi spoczywa złoty kajdan, a na zębach wysadzany drogimi kamieniami grill.

Może i jest tu coś z nurtu hood movies, który rozkwitł w latach 90. za sprawą takich kanonicznych dla gatunku dzieł, jak „Chłopaki z sąsiedztwa” Johna Singletona, „Zagrożenie dla społeczeństwa” braci Hughes czy „Piątek” od F. Gary'ego Graya. Jednak to za sprawą podglądania przez nas kultury czarnych kwitnącej na usianych domkami jednorodzinnymi przedmieściach. Odnaleźć tu też można śladowe ilości wpływu Spike'a Lee i jego zaangażowania w walkę o równość rasową. Jednak „Atlanta”, której twórcą jest Donald Glover, przyszły Lando Calrissian, to coś innego. To po prostu komediodramat odsłaniający piękno, ale i mroki życia. Nie nastawiajcie się jednak na ciężar opowieści, nie liczcie też na przeładowanie humorem, bo serial stacji FX znajduje się gdzieś po środku umiejętnie łącząc realizm z surrealizmem.

Earnest „Earn” Marks, grany przez Glovera, wbrew temu jak się nazywa ma problemy finansowe (angielskie „earn” to też czasownik oznaczający zarabianie). Chłopak porzucił studia, ma dziecko ze znajomą, z którą jednak nie żyje w związku, a na odrobinę grosza nie może nawet liczyć ze strony rodziców. Akurat głośno zaczyna się robić wokół rapera Paper Boia. Okazuje się on być kuzynem Earna, z którym ten dawno się nie widział. Krewni ostatecznie dochodzą do porozumienia i tak oto bohater staje się managerem wschodzącej gwiazdy, choć wspomniana kariera rozwija się w ślimaczym tempie.

Jakie zatem perypetie oglądamy przez 10 odcinków? Trudno powiedzieć, bo fabuła „Atlanty” nie zmierza w żadnym konkretnym celu. To raczej różne epizody z życia o społeczno-obyczajowym zabarwieniu i z uniwersalnym przesłaniem przyprawione abstrakcyjnym humorem. Tu Justin Bieber jest czarny, a po ulicach jeżdżą prototypy niewidzialnych samochodów. W krzywym zwierciadle ukazującym wady pokazani są nie tylko biali, ale również czarni - z tym mogliśmy się w ostatnim czasie spotkać m.in. w szalonym „Dope”.

„Atlanta” to skromna produkcja i skromna historia. Nie ma tu wielkich dramatów, splendoru rapu, skrajnej biedy na ulicach. Jednak mimo że obserwujemy szare życie, gdzie los rzuca pod nogi kolejne kłody, a w portfelu wiecznie świeci pustkami, to forma podania tematu jest już jak najbardziej atrakcyjna. Opowieść jakich wiele, ale wciąga jak mało która. I choć dostajemy portret innej kultury, to odnajdziemy w niej odbicie samych siebie, bo bez względu na to czy ktoś jest czarny i żyje w Stanach Zjednoczonych czy jest biały i mieszka w Europie, to nasze codziennie problemy i przemyślenia są bardzo do siebie podobne.

Ocena: 4/5

„Atlantę” możecie oglądać od 25 listopada 2016 roku na kanale FOX Comedy.

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje