01.09.2017 15:29

Bodyguard Zawodowiec [RECENZJA]

„Bodyguard Zawodowiec” to przewidywalny film komediowo sensacyjny. Sztampa, sztampę sztampą pogania, ale jeśli coś jest sprawdzonym zagraniem, czemu z niego nie korzystać? 

Bodyguard Zawodowiec, Ryan Reynolds, Samuel L. Jackson
foto: kadr z filmu

Czasem warto się odmóżdżyć na filmie, w którym prawa prawdopodobieństwa są mocno naciągnięte na korzyść głównych bohaterów, samochody wybuchają od jednego strzału z pistoletu, a czarny charakter jest tak zły, że sam Szatan to przy nim aniołek. I dopóki w tego typu produkcji wybuchy, strzelaniny i pościgi nie są tłem dla fabuły (nawet najgłupszej), to wszystko jest w porządku. To jest po prostu kino komercyjne. Jednak kiedy fabuła jest tylko pretekstem do pokazywania serii efektów specjalnych i popisów kaskaderskich, wtedy nie jest zbyt dobrze. Jak wypadł film  „Bodyguard Zawodowiec”?

Historia nie jest zbyt skomplikowana. Przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości staje zbrodniarz Vladislav Dukhovich (Gary Oldman), który jest jednocześnie prezydentem Białorusi. Wszyscy świadkowie jego złych uczynków giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Pogrążyć go może tylko jedna osoba - słynny i niebezpieczny płatny zabójca Darius Kincaid (Samuel L. Jackson). Jest jeden problem. Konwój, któremu dowodzi młoda agentka Interpolu Amelia Roussel (Elodie Yung), zostaje napadnięty przez karków Dukhovicha. Dziewczyna i skazaniec uciekają z pobojowiska. Mają kilka dni na dotarcie do Hagi. Pomaga im w tym (niechętnie) najlepszy ochroniarz na świecie i były chłopak Amelii, Michael Bryce (Ryan Reynolds). Wraz z Kincaidem przemierza pół Europy, by odzyskać utracone dawne imię w branży.

Fabuła jest prosta i nie ma w niej zbyt wielu zwrotów akcji. Wszystko więc bardzo łatwo przewidzieć. Ale w komedii sensacyjnej nie jest to akurat wadą, póki absurdy nie przyćmią całej historii. Tu na szczęście tak się nie dzieje. Mamy typową opowieść o dwóch skrajnie różnych bohaterach, którzy z czasem docierają się a między nimi rodzi się zalążek pozytywnych relacji. Pomysł oczywiście nie jest oryginalny, ale dramatu nie ma. Na szczęście w filmie Patricka Hughesa zarówno momenty komediowe, jak i sceny akcji są odpowiednio wyważone, więc na „Bodyguardzie Zawodowcu” powinni się dobrze bawić amatorzy śmiesznych filmów i produkcji typu „zabili go i uciekł”. Głównych bohaterów, w przeciwieństwie do hordy przecinków, rzadko kiedy imają się kule, a ryzykowne akrobacje tratują jak splunięcie, ale konwencja filmu tego wymaga, więc przymykam oko. Ważne, że żarty śmieszą, a sceny akcji nie nudzą. Na plus jest również wątek romantyczny, który zazwyczaj w tego typu produkcjach jest zbędny. Tu też jest zbędny, a postać grana przez Reynoldsa ma takie pojęcie o kobietach, jak typowy gimbus, ale przynajmniej jest zabawnie. 

Największym atutem tego filmu jest chyba obsada. Chociaż nazwisko Ryana Reynoldsa wybija się na plakatach na pierwsze miejsce, to Samuel L. Jackson robi największą robotę. Zresztą aktor ostatnio marnuje się w kiepskich rolach pokroju Nicka Fury'ego„Avengers, więc fajnie znów zobaczyć go w kreacji, która nawiązuje do jego filmów z poprzednich lat. Elodie Yung zagrała przyzwoicie, ale szału nie ma. Podobnie jest w przypadku Joaquima de Almeidy, który wcielił się w postać sztampową do bólu. Najlepszy epizod należy do Salmy Hayek, która zagrała żonę Dariusa. Gary Oldman oczywiście wspaniale sprawdził się w roli złego do szpiku kości czarnego charakteru, chociaż na ekranie pojawia się rzadko. Co do głównych bohaterów, to nie jest najgorzej w porównaniu z innymi tego typu produkcjami. Kincaid jest szaleńcem i ryzykantem stawiającym wszystko na jedną kartę. Najpierw działa, potem myśli. Bryce to jego zupełne przeciwieństwo. Oczywiście początkowe niesnaski przeradzają się w kiełkującą przyjaźń. Największym problemem jest jednak to, że Jackson całkowicie kradnie ekran Reynoldsowi. Odtwórca Deadpoola wydaje się przez większą częśc filmu zbędny (jako postać i ochroniarz), bo Kincaid znakomicie radzi sobie sam, bo sprawia wrażenie niezniszczalnego. Bryce tak naprawdę przydaje się pod koniec filmu i spełnia swoje zadanie, ale trochę szkoda roli Rynoldsa. 

Filmy pokroju „Bodyguarda Zawodowca” widzieliśmy już wiele razy. Najnowsza propozycja Hugesa nie wychodzi poza konwencję kina akcji ustanowioną kilkanaście lat temu. Aktorzy są obsadzeni po warunkach, fabuła jest przewidywalna, a żarty często głupkowate. Jednak jako film komercyjny służący rozrywce, spełnia swoje zadanie. Nie przejdzie do historii kina, ale jeśli lubicie się rozerwać przy lekkim kinie, to „Bodyguard Zawodowiec” jest dla Was. W przeciwnym razie omijajcie go szerokim łukiem. A i zdecydowanie wielki plus za kręcenie filmu w Europie. To miła odmiana od nużących amerykańskich widoczków. 

Ocena: 3,5/5

Sergiusz Kurczuk
Tagi: #Recenzje