03.02.2017 13:43

Jackie [RECENZJA]

Filmowa biografia inna niż wszystkie. Czy przyniesie Natalie Portman Oscara za brawurowe wcielenie się w Jackie Kennedy?

Jackie [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Kino kocha opowiadać o amerykańskich prezydentach. Swój czas na kinowych ekranach mieli już przecież Abraham Lincoln, Richard Nixon czy John F. Kennedy. Ostatni z wymienionych pojawia się również w dziele Pablo Larraina, ale tylko w kilku epizodach, gdyż film osnuty jest wokół innej postaci, reprezentującej grupę, która do tej pory była spychana na dalszy plan. Jak sugeruje sam tytuł otrzymaliśmy historię o pierwszej damie, o Jacqueline Kennedy.

Obraz jest umieszczony w konkretnym czasie. To psychologiczny portret kobiety radzącej sobie w pierwszych dniach po stracie zamordowanego męża. Nie jest to zatem opowieść o stopniowym przekraczaniu progów Białego Domu w cieniu małżonka, odnajdywaniu się w nowej rzeczywistości i przyglądaniu się amerykańskiej polityce z perspektywy żony prezydenta. Otrzymaliśmy bardzo intymne spojrzenie na osobę Jackie Kennedy, a fabuła przeplatana retrospekcjami została uwita wokół słynnego wywiadu, którego wdowa udzieliła magazynowi „Life”.

Kobieta pogrążona w żałobie i rozpaczy, ale zachowująca siłę oraz będąca świadoma mechanizmów jakimi rządzi się Waszyngton. Mistrzyni kreowania wizerunku, ale nie manipulatorka. Pierwsza dama będąca ulubienicą mas, ale stająca się ostatecznie zwykłą wdową. Po prostu zniuansowana i złożona postać z brawurą przedstawiona przez Natalie Portman, która w ostatnich latach swoimi decyzjami obsadowymi oraz debiutem reżyserskim w postaci „Opowieść o miłości i mroku” udowadnia, że przekłada sztukę nad hollywoodzki blichtr. Już ona sama staje się wystarczającym powodem, dla którego warto obejrzeć „Jackie”. Na szczęście nie jedynym.

Nie jest to kolejna laurka wystawiona przez Fabrykę Snów. Duża w tym zasługa chilijskiego reżysera, którego kino wykracza poza standardy, do których przyzwyczaiło nas Hollywood. Jackie zostaje przez niego odmitologizowana, ale jednocześnie pozostaje zagadką, bo scenariusz Noah Oppenheima dotyka tylko kluczowych momentów z życia tytułowej bohaterki, a niektóre wątki zostają tylko zasygnalizowane. Kobieta zabija ból alkoholem, a wciąż dźwięczący w uszach zabójczy wystrzał z pistoletu zagłusza puszczaną muzyką wypełniającą puste i zimne pomieszczenia Białego Domu. Jej celem staje się zorganizowanie wystawnego pogrzebu, takiego godnego króla, choć John F. Kennedy nie zdążył się zasłużyć niczym szczególnym dla swojego kraju. Kameralny dramat dotyka głośnej sprawy, lecz zakwalifikować go należy jako wyciszony, co współgra z rolą Portman. Aktorka najcięższe emocje potrafi odegrać samą ekspresją twarzy, a tej kamera przygląda się z bliska rejestrując nawet najmniejszy grymas.

Drobiazgowo odwzorowano ducha czasu poprzez fryzury, kostiumy i scenografię. Wrażenie robi także muzyka Mici Levi z pozoru z zupełnie innego świata, pasująca bardziej do kina science fiction niż do biografii filmowej. Jednak przez dźwięki udaje się oddać horror bohaterki. 

„Jackie” z pewnością wybija się pośród innych przedstawicieli swojego gatunku. Anglojęzyczny debiut Larraina proponuje nową perspektywę, która jest już wystarczającym powodem, aby film zapisał się w historii kinematografii. Całość dopełnia zaś jedna z największych ról Natalie Portman.

Ocena: 3,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje