24.10.2016 15:34

Jestem mordercą

Maciej Pieprzyca powrócił do tematu, który poruszył już w swoim dokumencie z 1998 roku, do wydarzeń związanych z tzw. wampirem z Zagłębia.

Jestem mordercą
foto: materiały prasowe

Wówczas swoim obrazem reżyser wyraźnie sugerował, że Zdzisław Marchwicki podejrzany o zamordowanie kilkunastu kobiet, został skazany niesłusznie. Organom ścigania miał po prostu posłużyć jako kozioł ofiarny, a jego stracenie miało zakończyć głośne dochodzenie. Tym razem mamy do czynieni z fikcją, inspirowaną jednak prawdziwymi wydarzeniami. W scenariuszu można wychwycić zbieżność z faktami przedstawionymi w dokumencie z lat 90., ale Pieprzyca w stosunku do rzeczywistych zdarzeń postanowił zmienić zarówno czas, jak i nazwiska bohaterów.

Idealista w mundurze policyjnym, Janusz Jasiński (Mirosław Haniszewski) zostaje postawiony przed misją niemożliwą. Jego koledzy zawiedli na tym polu, a on od przełożonych dostaje zadanie naprawienia ich błędów. Musi odnaleźć nieuchwytnego mordercę, wampira z Zagłębia. Sprawa jest tym poważniejsza, bo wśród jego ofiar znalazła się bratanica pierwszego sekretarza KC PZPR, Edwarda Gierka. 

Pieprzyca stworzył pełnokrwisty kryminał, który staje się coraz popularniejszym gatunkiem w rodzimej kinematografii. Nie każdemu twórcy udaje się wyjść obronną ręką w zmierzeniu się z nim. Reżyser głośnego „Chce się żyć” podołał jednak temu zadaniu przedstawiając widzom klimatyczny obraz głęboko zanurzony w prlowskich realiach, a te malują się w zimnych szaroburych barwach.

„Jestem mordercą” nie skupia się na żmudnym poszukiwaniu zabójcy i analizowaniu poszlak w śledztwie. Domniemany sprawca znajduje się dość szybko, to co bardziej interesuje Pieprzycę, to przedstawienie rozważań nad kwestią sprawiedliwości, poczucia winy czy też ludzkiej natury jako takiej. Jasiński targany jest wewnętrznymi rozterkami. Zapędza się do punktu, z którego nie ma już odwrotu, ambicja, a następnie strach wikłają go w sytuację bez wyjścia.

Świetnie na ekranie w głównej roli spisał się Mirosław Haniszewski. Twarz mało ograna w kinie, przez co tym bardziej interesująca. Aktorowi udało się zostawić w tyle nawet bardziej doświadczonych kolegów, jak Arkadiusz Jakubik czy Piotr Adamczyk. Wśród pań największe wrażenie robi Agata Kulesza o zupełnie odmienionym obliczu jako Lidia Kalicka, żona podejrzanego o morderstwa Wiesława. Tworzy ona postać odpalającej papierosa od papierosa prostej śląskiej kobiety z niższych warstw społecznych. Jest w tym może nieco groteski, ale zdecydowanie więcej autentyzmu.

Innym z głównych bohaterów filmu jest rzeczywistość PRL-u. Lata 60. i 70. odtworzono z wielką pieczołowitością dbając o każdy detal i rekwizyt. Pieprzyca zdaje się również naśladować sposób kręcenia z minionych dekad stosując m.in. charakterystyczne najazdy kamery. Podobny pietyzm w dzisiejszym kinie odwołującym się do czasów byłego systemu można było zobaczyć wyłącznie w „Bogach” Łukasza Palkowskiego.

„Jestem mordercą” to prawdziwa perełka w polskim kinie gatunkowym. Przedzierająca się przez papierosowy dym mięsista atmosfera kryminału kontrastowana jest przez humorystyczne kwestie wygłaszane przez bohaterów. Napięcie trzyma widza w garści dusząc za gardło, ale mimo to twórcy zza Wielkiej Wody wciąż są o krok przed nami. Na szczęście Pieprzyca skraca ten dystans.

Ocena: 3,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje