16.11.2017 11:36

„Justice League”, reż. Zack Snyder [RECENZJA]

Batman, Wonder Woman, Aquaman, Cyborg i Flash po raz pierwszy jednoczą się na srebrnym ekranie. A jakie są tego efekty?

„Justice League”, reż. Zack Snyder [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Na wstępie chciałem od razu zaznaczyć, że jestem fanem postaci z uniwersum DC i bardzo czekałem na ten film. Pierwsze zwiastuny napawały mnie nadzieją, którą potem ostudziły udostępnione przez Warner Brosa klipy z filmu, w których edycja scen pozostawiała wiele do życzenia. Jednak na szczęście okazuje się, że większość z nich w filmie wygląda dużo lepiej.

Przejdźmy jednak do tego, jak wygląda efekt końcowy – nie jest zły. Jednak nie można go też nazwać filmem dobrym, bo jest po prostu przeciętny. Zacznijmy od tego co ciągnie film w dół. A elementów jest naprawdę całkiem sporo – pierwsze co się rzuca w oczy to efekty specjalne, które w kilku scenach są tak słabe, że aż się wierzyć nie chce, że „Liga Sprawiedliwości” miała budżet rzędu 300 milionów dolarów. Tego, niestety nie widać.

Nie porywa również ścieżka dźwiękowa napisana przez Danny’ego Elfmana. Oprócz motywu Flasha, nie zapamiętacie prawdopodobnie żadnego fragmentu muzycznego w filmie. Szkoda, że kompozytor nie użył utworów napisanych przez Hansa Zimmera i Junkiego XL, ponieważ ich soundtrack do „Batman v Superman” był zdecydowanie bardziej zapadający w pamięć.

W oglądaniu przeszkadza również prędkość, z jaką sceny pędzą do przodu. Plotki mówią, że to szefostwo WB narzuciło reżyserom długość filmu, który miał wynosić maksymalnie dwie godziny. Zack Snyder, a potem Joss Whedon słowa dotrzymali i trwa 119 minut, przez co niektóre sceny nie trwają na tyle długo, by porządnie wybrzmieć. Wielka szkoda, bo był potencjał na więcej łapiących za serducho momentów.

Jak jednak napisałem na początku – film nie jest zły. Więc co jest dobrego? Przede wszystkim chemia między członkami Ligi. Bruce i Diana się kłócą, Aquaman ma wszystkich w tyle, Cyborg jest załamany, a Flash gada praktycznie tak szybko jak biega. Ta drużyna żyje, relacje jakie postaci nawiązują są bardzo ludzkie, a dzięki temu my zaczynamy im kibicować. Całkiem zgrabnie prezentują się również niektóre sceny walk, a i dialogi często zapewniają humor, który skutecznie łagodzi atmosferę, gdy ta staje się za gęsta.

Z „Ligą Sprawiedliwości” jest tak, że na każdą pozytywną rzecz znajdzie się jakaś negatywna – Ezra Miller (Flash) wprowadza mnóstwo energii i humoru, a z drugiej strony wyjątkowo nudny jest Ben Affleck w roli Batmana. Najlepszy występ Henry’ego Cavilla w roli Supermana (SPOILER! Supes wraca) jest negowany słabym i generycznym złoczyńcą filmu, Steppenwolfem. Czarująca Gal Gadot znowu kradnie serca, tylko po to, by po chwili nasze ciśnienia skutecznie obniżyła jakaś niepotrzebna scena o parademonach. Mógłbym tak wymieniać dalej, mój werdykt jest jednak taki, że pozytywne strony filmu znacznie przeważają słabsze momenty.

Idźcie zobaczyć ten film, ale pamiętajcie, że to jest tylko i wyłącznie bezmyślna rozrywka. Nie spodziewajcie się, że ten film zmieni wasz światopogląd, raczej możecie się zastanawiać „gdzie ja to już widziałem?”. Niemniej jednak dla fanów filmów o superbohaterach, „Liga Sprawiedliwości” jest dobrym sposobem na spędzenie 2 godzin w kinie.

Ocena: 7/10 (za chemię drużyny, Flasha, Aquamana i Supermana, za kilka zabawnych i „badassowych” momentów i za „rozchmurzenie” atmosfery DCEU)

A tu możecie sprawdzić naszą drugą, mniej pozytywną recenzję.

Kamil Kacperski
Tagi: #Liga Sprawiedliwości #Recenzje