16.11.2017 09:48

„Liga sprawiedliwości”, reż. Zack Snyder [RECENZJA]

Wtórność nad wtórnościami i wszystko wtórność. A do tego żałosny Batman i narracja, której nie jest w stanie uratować nawet przepiękna twarz Gal Gadot.

„Liga sprawiedliwości”, reż. Zack Snyder [RECENZJA]
foto: kadr z wideo

Na wstępie muszę przyznać, że najnowszy film DC całkiem mnie rozbawił. Niestety, obawiam się, że nie w taki sposób, jakiego życzyliby sobie jego twórcy. W poprzedniej recenzji, która była poświęcona najnowszej produkcji Marvela pt. „Thor: Ragnarok”, wspominałam, że świat nie potrzebuje już Supermana. Niestety nowa produkcja DC tylko to potwierdza. Bo choć twórcy „Ligi sprawiedliwości” bardzo, ale to bardzo chcieliby, by świat go jednak potrzebował i by przywrócony do życia superheros skopał tyłki wszystkim dookoła... tak się nie dzieje. Zack Snyder razem z Batmanem, Wonder Woman i całym zastępem innych superbohaterów mogą reanimować tego trupa w nieskończoność, ale czasu nie cofną. Czasy TAKICH filmów superbohaterskich minęły bezpowrotnie.

liga 2

„Liga sprawiedliwości” mogłaby być naprawdę fajnym filmem. Mocnym 7/10. Gdyby tylko powstała 10 lat temu. Gdybyśmy wszyscy nie widzieli jeszcze „The Avengers”, „Wojny bohaterów”, „Pierwszej klasy” i gdyby trylogia Nolana nigdy nie trafiła na ekrany. Wtedy „Liga sprawiedliwości”, mimo kilku suchych dialogów i narracji, która momentami przypomina kino stylu zerowego z lat 30., byłaby filmem całkiem przyjemnym, zabawnym, miłym w odbiorze, który mógłby uchodzić nawet za coś nowego (w 2007 roku efekty specjalne niczym ze współczesnej gry komputerowej na pewno robiłyby ogromne wrażenie). Na szczęście dla kina rozrywkowego mieliśmy okazje zobaczyć wszystkie te filmy, względem których - na nieszczęście dla nowego filmu DC„Liga sprawiedliwości” jest po prostu wtórna. Nie wiem, czy to kwestia tego, że Joss Whedon (twórca obydwu części „The Avengers”) był jednym ze scenarzystów, czy tego, że Zack Snyder również bardzo uważnie oglądał wszystkie „superhero movies”... w każdym razie w roku 2017 „Liga sprawiedliwości” swoją świeżością dorównuje noszonej przez tydzień bieliźnie.  

 

flash

Pamiętacie kamienie nieskończoności? Albo ten motyw z „Czasu Ultrona”, kiedy Iron Man uparł się, by wbrew protestom reszty drużyny sięgnąć po zakazaną siłę w celu uratowania ludzkości? Albo jak Magneto i Charles rekrutowali mutantów do pierwszej klasy X-Men? Nie chodzi o to, że to są złe pomysły. Tylko, że wszystkie je już widzieliśmy w dokładnie takiej samej formie. Stosunek Flasha do Batmana i cała postać młodego Barry'ego Allena też byłyby całkiem zabawne, gdyby nie fakt, że to samo w wykonaniu Petera Parkera i Iron Mana oglądaliśmy już w 2016 roku w „Wojnie bohaterów”. A później w „Spider-Man: Homecoming”. Nawet Wonder Woman, która zawsze olśniewa i jest jedną z najmocniejszych stron tego filmu, kiedy po raz setny mocno zeskakuje na ziemię i odrzuca włosy w charakterystyczny dla siebie sposób, staje się zwyczajnie śmieszna. 

 

wonder woman

W tej kwestii jednak nikt nie pokona Batmana, który w „Lidze sprawiedliwości” serwuje nam parodię samego siebie. Od początku filmu starałam się odrzucać uprzedzenie do Bena Afflecka, który złamał mi serce, masakrując wszystko, za co kochałam Mrocznego Rycerza stworzonego przez Nolana i Bale'a. Za wszelką cenę starałam się patrzeć na budowaną przez niego postać obiektywnie. Ale na widły Aquamana! Batman w „Lidze sprawiedliwości” jest gruby, ociężały, powolny i niezdarny. Jest najgorszym członkiem zespołu! Gorszym nawet od Aquamana, który o dziwo, jest chyba jedyną świeżą rzeczą, jaka przydarzyła się temu filmowi. Mam nadzieję, że Ben Affleck naprawdę poważnie rozważa pożegnanie się z rolą Człowieka-Nietoperza, bo jego kolejnego występu mogłabym już po prostu nie znieść psychicznie. 

 

batman

Mamy więc drużynę złożoną z niezdarnego Logana bez supermocy, seksownej Amazonki, Khala Drogo, Jarvisa i krzyżówki nowego Spider-Mana z Quicksilverem z X-Men. Byłabym zapomniała - jest jeszcze Jeremy Irons w roli Alfreda, który - mimo całej miłości, jaką go darzę - po prostu do tej roli nie pasuje. 

 

alfred

Na początku napisałam, że najnowszy film DC mnie rozbawił. To prawda. W trakcie seansu układałam sobie w głowie własny „Szczery trailer” tej produkcji i śmiałam się niemal do łez. Dialogi, choć miały swoje dobre momenty, wciąż nie zostały pozbawione zbędnego patosu, a zakończenie było już pod tym względem istną wisienką na torcie. Kto wpadł na to, że pompatyczne przemówienie na koniec będzie świetnym pomysłem? Nie wiem. Ale z tego miejsca proszę go, żeby przestał robić filmy.

Na sam koniec warto jeszcze wspomnieć o Amazonkach Snydera, które zostały niedawno oskarżone o obrazoburczą nagość brzuchów. Mogę Was uspokoić - antyczne wojowniczki pojawiają się na ekranie na 5 minut, a 3/4 tego czasu spędzają w tych samych kostiumach, które miały na sobie w „Wonder Woman”. Co ciekawe, scena z ich udziałem podobała mi się chyba najbardziej z całego filmu. Poza scenami z nagim torsem Aquamana lub nagim torsem Supermana. Batman na szczęście się nie rozbierał, nawet kiedy miał ku temu okazje. 

aquaman

Ocena: 4/10 (za Amazonki, Gal Gadot i z wdzięczności, że nie pokazali Afflecka bez koszulki) 

Jeśli nie podoba Wam się to, co tutaj przeczytaliście, ukojenie możecie znaleźć w naszej drugiej recenzji

Natalia Hluzow
Tagi: #Batman #DC Comics #Liga Sprawiedliwości