15.12.2016 12:29

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie [RECENZJA]

Pierwszy spin-off gwiezdnej sagi o jakże kontrowersyjnym polskim tytule zadebiutował na wielkim ekranie. Czy Gareth Edwards zasłuży sobie po nim na miano godnego następcy George'a Lucasa, czy fani tylko westchną w jego stronę „A to łotr jeden...”?

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

UWAGA! Recenzja nie zawiera spoilerów fabularnych.

Niedawno wydana pierwsza biografia George'a Lucasa pozwala dostrzec i docenić, jak wielką rewolucją były pierwsze „Gwiezdne wojny”. Dziś już nikt nie oczekuje po filmach spod tego znaku większych przełomów, co nowy właściciel marki bez skrupułów wykorzystał. Po disneyowskim „Przebudzeniu Mocy” na J.J. Abramsa posypały się gromy za powielanie schematu „Nowej nadziei”.

I choć Epizod VII faktycznie ciężko nazwać innowacyjnym, fani raczej mogli być po nim spokojni o przyszłość serii - co tylko potwierdziły rekordowe wyniki box office'u. Disney udowodnił nim, że rozumie, w których miejscach poległa tzw. trylogia prequeli i choćby przywrócił serii rzeczywiste scenografie oraz praktyczne efekty specjalne. A jeśli chodzi o nowe pomysły, „Łotr 1” może być zwiastunem nowej polityki Imperium Myszki Miki.

Jeśli bowiem w „Gwiezdnych wojnach” brakowało świeżości, spin-off przyniósł jej serii aż nadto. Już od pierwszych scen Edwards daje do zrozumienia widzom, że nie będzie się kurczowo trzymał dotychczas znanej konwencji gwiezdnej sagi: to pierwszy film osadzony w tym uniwersum, którego nie rozpoczyna charakterystyczne wprowadzenie żółtych liter na tle gwiazd. Od razu jesteśmy wrzucani w wir akcji pomiędzy Madsa Mikkelsena a Bena Mendelsohna.

Zgodnie z zapowiedziami „Łotr 1” to „Gwiezdne wojny” od zupełnie innej strony niż pokazywano nam dotąd na wielkim ekranie: bez epickich pojedynków Jedi i egzystencjalnych debat o naturze Mocy. Podobnie jak w galaktyce rządzonej przez Imperium, w tym filmie nie ma dla nich miejsca, a kiedy już jest mowa o Mocy, zajmuje się nią ekscentryczny, niewidomy mnich Chirrut Îmwe, któremu bliżej do tradycji Kurosawy niż gwiezdnej sagi. Nie ma tu też infantylnego komizmu spod znaku Jar Jara czy Ewoków - zamiast tego mamy odważne zagrania fabularne rodem ze współczesnych seriali.

Spin-off Garetha Edwardsa odważnie bada więc rejony, które dotychczas zarezerwowane były dla twórczości z tzw. expanded universe. Disney jednak zdecydowanie skreślił ten wieloletnie dorobek pisarzy i rysowników komiksów, chcąc budować swoje uniwersum od nowa. I tak część starych fanów będzie pewnie miała pretensje do „Łotra” o nadpisywanie znanej z serii gier Dark Forces / Jedi Knight historii opowieścią o Jyn Erso.

W kultowych grach to przecież Kyle Katarn był odpowiedzialny za kradzież planów Gwiazdy Śmierci - dziś film przekonuje nas, że za akcją w rzeczywistości stała grana przez Felicity Jones córka jednego z budowniczych superbroni Imperium. Czyni to jednak w na tyle umiejętny sposób, że fani powinni przyjąć nową wersję zdarzeń bez większych obiekcji. Szczególnie, że wreszcie w wiarygodny sposób wyjaśniono kwestię, która nurtowała sceptyków od lat: czemu Imperium skonstruowało bubel, który dało się rozwalić jednym strzałem?

„Łotr 1” ma zresztą w zanadrzu cały asortyment mniej lub bardziej dyskretnych nawiązań do klasycznej trylogii, które od razu skradną serce jej oddanych entuzjastów. Pokażcie nam fana „Gwiezdnych wojen”, który nie uśmiechnie się podczas przepychanki Jyn Erso i Cassiana Andora przez zatłoczoną ulicę na księżycu Jedha czy na widok dawno niewidzianych bohaterów (i nie, nie chodzi wyłącznie o eksponowanego w trailerach Dartha Vadera).

W temacie tych ostatnich kolejny raz mieli okazję popisać się specjaliści od efektów specjalnych z Industrial Light & Magic, którzy znów udowodnili, że nie mają sobie równych. Gwiezdne potyczki, które obserwujemy w finale filmu, zapierają dech w piersiach, a przy tym wyglądają w pełni wiarygodnie. Przy tym idealnie sprawdza się ilustrująca je muzyka Michaela Giacchino. Pod względem technicznym „Łotr 1” wygląda jeszcze lepiej niż umiejętnie łączące stare z nowym „Przebudzenie Mocy”.

Owszem, fabuła szuka odpowiedniego tempa przez pewien czas i pierwsza część filmu jest nieco chaotyczna, lecz gdy wszystko trafi już na swoje miejsce, od mniej więcej połowy zaczyna się jazda bez trzymanki. Jeśli jesteście fanami starej trylogii i pamiętacie, co czuliście widząc pierwszy raz na oczy słynne „Chewie, we're home”, przygotujcie się tutaj na cały komplet takich momentów.

Jeśli z kolei siódmy epizod pełnoprawnej sagi nie zawojował Waszych serc, dajcie szansę Łotrom. O ile zapowiedziany już na 2018 rok spin-off o Hanie Solo utrzyma poziom dzieła Garetha Edwardsa, filmy z cyklu „Gwiezdne wojny - historie” mogą się okazać o wiele ciekawsze niż dalsze odcinki tradycyjnej sagi.

Ocena: 4,5/5

Jakub Gańko
Tagi: #Gwiezdne wojny #Recenzje