19.01.2017 15:58

Manchester by the Sea [RECENZJA]

„Manchester by the Sea” zaczyna się od śmierci, ale dla Kennetha Lonergana jest to film dający mu nowe życie. Przez długie lata kariera reżysera i scenarzysty była niemal martwa. Obraz z popisową rolą Caseya Afflecka zmienia ten stan.

Manchester by the Sea [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Mówi się, że czas leczy rany. To powiedzenie nie sprawdza się w przypadku dozorcy z Bostonu, którym jest Lee Chandler (Affleck). Jest on pogrążony w wykonywaniu codziennego rytuału pomagania lokatorom w przepchaniu toalety lub naprawiania kranów. Z tego stanu zawieszenia między życiem a wegetacją wytrąca go telefon o nagłej śmierci brata. Musi wrócić do rodzimego Manchesteru, położonego niedaleko amerykańskiego miasteczka, w którym pamięć o niektórych rzeczach nie przemija, aby dopełnić wszelkich formalności związanych z pochówkiem.

Lonergan jako filmowiec milczał od pięciu lat. Wówczas ukazała się jego „Margaret”, zaledwie drugi obraz w karierze zaraz po starszym o 11 lat „Możesz na mnie liczyć”. Nowojorczyk może i nie należy do zbyt płodnych artystów, ale jego „Manchester by the Sea” w pełni to rekompensuje. Reżyser zajął się melodramatem, jednak pozostał daleko od stworzenia konwencjonalnego dzieła służącego tylko wyciskaniu łez. 

Lee został zobowiązany przez brata do opieki nad jego nastoletnim synem. Bohater jest sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, zwłaszcza że nie został wcześniej zapytany o zdanie, choć gdyby to się zdarzyło, to jego podejście raczej i tak nie uległoby zmianie. Dlaczego? Postępowanie Lee i jego zachowanie początkowo stanowią tajemnicę dla widza. Lonergan buduje postać poprzez wprowadzanie retrospektyw stopniowo odsłaniających wnętrze mężczyzny. Dlaczego żył jak pustelnik w Bostonie? Co sprawia, że jest taki małomówny, powściągliwy w okazywaniu emocji i wreszcie dlaczego powrót do Manchesteru jest dla niego na tyle ciężki, że nie godzi się by ponownie tu osiąść? Teraźniejszość będzie dla niego już zawsze naznaczona wydarzeniami z przeszłości. Stare śmieci to przede wszystkim bolesne i wypalające od środka wspomnienia.

W „Manchester by the Sea” zachwyca rola Caseya Afflecka. Aktor, niesłusznie mniej doceniany niż jego brat Ben, w tak dramatycznym filmie mógł postawić na silną ekspresję, ale użył zupełnie odmiennych środków. Jego gra jest wycofana, czerpiąca z minimalizmu. Nie zobaczymy na ekranie wielkich wybuchów emocji, te bohater kryje w sobie. Nie będzie tu łez. Tych już zresztą brak, kiedy w środku jest się niemal martwym. Przy życiu trzyma tylko wciąż bijące, ale okaleczone serce, dla którego to już jedyna funkcja. Bohater nie jest w stanie komukolwiek go ofiarować. Wszelkie ciepłe emocje ulotniły się z niego poprzez rany, które nie chcą się zagoić. Zostały wyrzuty sumienia, ból i tłumiona wściekłość. Inaczej na śmierć Joe Chandler reaguje jego syn Patrick. Chłopak zachowuje się jak gdyby nigdy nic, ale i on wewnątrz siebie trzyma emocjonalny żywioł i rozpacz.

Ekran nie jest cały czas wypełniony depresją. Żałoba bohaterów przeplatana jest bardziej komediowymi scenami rozładowującymi pulsującą od napięcia atmosferę. Lonergan w tej kwestii potrafi zachować umiar, gdyż wprowadzany przez niego humor jest bardzo subtelny, często objawiający się w codziennych sytuacjach. Bo czy inaczej jest w rzeczywistym świecie? Śmiech może się przecież pojawić w najciemniejszych chwilach.

W „Manchester by the Sea” odnaleźć można gatunkowe klisze, ale ich inscenizacja zapobiega stworzeniu przeciętnego filmu dającego wrażenie, że tę historię widziało się już wiele razy. Jest to kino niespieszne, ale finalnie dostarczające intensywnych przeżyć. Recz prawdziwie ludzka, przy której po policzku może popłynąć niejedna łza.

Ocena: 4/5

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje