10.03.2016 19:11

Niewinne

Historia, która mogła popaść w zbytnią ckliwość i asekuranctwo. Choć opowieść Anne Fontaine nie jest pozbawiona wad, to francuskiej reżyserce udało się odmalować zniuansowany portret kobiet i ich cielesności.

Niewinne
foto: materiały prasowe

„Niewinne” to fikcyjna historia, acz bazująca na prawdziwych wydarzeniach. Całość oparta została na podaniach z 1945 roku o gwałtach czerwonoarmistów, jakich dokonywali oni na polskich ziemiach. Akty ze strony Sowietów nie oszczędzały nikogo, w tym też zakonnic. Świadectwa tych tragicznych wydarzeń zachowały się  m.in. w zapiskach Madeleine Pauliac, lekarki z kraju nad Sekwaną, która przybyła do Polski z ramienia Francuskiego Czerwonego Krzyża.

W filmie prawdziwa doktor została zastąpiona postacią Mathilde Beaulieu, w którą wcieliła się Lou de Laâge. To właśnie ona na prośbę jednej z sióstr zjawia się w klasztorze, aby odbierać porody pohańbionych zakonnic. Koszmar, który doprowadził do tego, że noszą one w sobie nowe życie nie zostaje jednak ukazany na ekranie. Powraca jedynie w rozmowach, widzimy jego skutki, ale zostaje on zatrzymany w przestrzeni pozakadrowej. W jednej ze scen zdaje się już, że staniemi się świadkami bestialstwa i okrucieństwa mężczyzn, jednak sytuacja zostaje opanowana. Pozostają tylko emocje, rozedrgane dłonie i strach w oczach sióstr, które boją się, że ich ciała znowu zostaną umęczone.

To z pewnością jeden z elementów, który świadczy o kunszcie Fontaine w opowiadaniu historii. Reżyserka nie chce, żebyśmy odwracali wzroku od ekranu. Zależy jej na odwrotnym procesie, dzięki któremu będziemy się mogli skupić na postaciach – ich motywacjach i charakterze. A kim są bohaterowie „Niewinnych”? Znajdujemy się w czasie tuż po II wojnie światowej, czyli z założenia w świecie mężczyzn. Jednak w dziele Anne Fontaine widzimy przede wszystkim panie, bo i filmografia reżyserki skupia się na „kinie kobiet”. To nawet nie osoby duchowne i świeckie, istotą „Niewinnych” nie staje się zderzenie sacrum i profanum, a raczej ukazanie obrazu kobiety, zwłaszcza, że niektóre siostry poczuwają się bardziej do tej roli niż do pełnienia posługi.

Fontaine opowiadając o polskiej sprawie czyni to z perspektywy outsidera. Być może to błędne założenie, ale zdaje się, że gdyby któryś z rodzimych twórców podszedłby do tego tematu próbowałby uczynić z sióstr męczennice, wystawić im pomnik i dopuścić się celuloidowej kanonizacji. U Francuzki świat przedstawiony nie jest zero-jedynkowy, nikt tu nie jest jednoznacznie zły ani dobry. Każdy ma po prostu swoje pobudki, świętych nie ma. Gloryfikacji nie podlegają także rodacy Fontaine, dla których liczy się jedynie pomoc „swoim” – zresztą jeden z lekarzy jawnie przyznaje się do tego, że nienawidzi Polaków, oprócz tych z warszawskiego getta, ale oni już nie żyją. Rzecz, na którą mógł się zdobyć jedynie twórca z zewnątrz.

Świat kobiet w „Niewinnych” został skąpany w odcieniach szarości. Została zachowana oszczędność w komponowaniu kadrów – bije z nich klasztorną dyscypliną i chłodem. To zasługa autorki zdjęć Caroline Champetier, która pracowała m.in. przy „Holy Motors” Leosa Caraxa. Decyduje się ona również na nawiązujące do „Idy” fotografie w przykrytych śniegiem plenerach, odczuć też można skojarzenia z „Matką Joanną od Aniołów”, przy której pracował Jerzy Wójcik. Stonowanie widać także w aktorskich kreacjach – zarówno Agata Kulesza, Agata Buzek, jak i Joanna Kulig grają przede wszystkim gestem i mimiką.

Anne Fontaine popełniła w swoim dziele kilka grzechów, objawiających się zwłaszcza w przesłodzonym zakończeniu tej gorzkiej historii. Jednak, jak już ustaliliśmy, nikt nie jest idealny. Dobrze, że ktoś inny spojrzał na naszą polską historię i to w taki sposób, który zrywa z obowiązującymi tendencjami w większości rodzimych produkcji. Cóż, francuskie kino chyba już tak ma.

Ocena: 3,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #Niewinne #Recenzje