14.12.2016 13:40

Paterson

Jak być poetą w mieście, które ma dużo więcej wspólnego z prozą? Zapytajcie Patersona, bohatera nowego filmu Jima Jarmuscha.

foto: materiały prasowe

Świat definiowany jest przez wysokość, szerokość i głębokość. Jest jednak też czas. Ten odmierzany jest w 24-godzinnym cyklu, a Paterson zamknięty jest w jego pętli i wypełnianiu powtarzalnych codziennych rytuałów.

Pierwsze poranne promienie słońca zaglądające przez okna, to znak, że już pora na zjedzenie w samotności miski płatków śniadaniowych. Jest też ona - narzeczona głównego bohatera (Golshifteh Farahani). Trochę ekscentryczna, ale z pewnością kreatywna, pragnąca zostać piosenkarką country, choć lepiej jej wychodzi samo pozowanie na nią. Później już czas wziąć kanapki i udać się do pracy, by zasiąść za kierownicą autobusu. Wieczorem wyjść z psem na spacer i zahaczyć o pobliski bar na jedno piwo, gdzie można usłyszeć akompaniament, na który składają się małe wielkie dramaty innych wygłaszane przy ladzie lub stolikach. Wrócić do domu, położyć się spać, powtórzyć. Brzmi błaho, banalnie, niczym najbardziej szary odcień szarości, jednak i to potrafi być poetyckie. Wystarczy przyjrzeć się detalom prozy, aby ułożyła się w wiersz.

Jarmusch snuje tę intymną historię w nieśpiesznym tempie, dając wybrzmieć kolejnym minutom układającym się w filozoficzny traktat. Zaprasza nas do stolika na kawę i papierosy, by posłuchać debat o wszystkim i o niczym - przez historie znanych osób z tego miasta w New Jersey, przez opowieści płynące ze złamanego serca, aż po debaty o anarchizmie. Jest też czas, aby udać się na nieustające wakacje będąc na siedzeniu autobusu lub podczas wieczornych spacerów z psem. Tak tworzy się materiał, który zostanie przelany na papier w sekretnym zeszycie Patersona z jego twórczością. My zaś dostajemy wszystko to, co potrzebne, aby film był oznaczony znakiem jakości Jima Jarmuscha.

Oprócz egzystencjalnych rozważań, tkwi w tym także humor. Nienachalny, za to bardzo dyskretny, wtapiający się w mały świat przedstawiony na ekranie. Duża w tym zasługa aktorów, a zwłaszcza Adama Drivera, który został świetnie poprowadzony przez reżysera. Między nim a resztą mu partnerujących nazwisk wyczuwalna jest chemia tworząca z poszczególnych scen drogocenne perły. Wizualną stronę filmu dopełniają też pojawiające się na ekranie wersy i całe strofy składające się na poszczególne wiersze inspirowane codziennością. Te w rzeczywistości są dziełem Rona Padgetta, który zresztą napisał kilka nowych poematów specjalnie na potrzeby obrazu.

Wbrew temu co mówi bohater „Patersona” świat nie jest jak pudełko po butach, a na pewno nie ten, który kreuje Jarmusch. Tego co dokonuje twórca „Poza prawem” nie da się zamknąć w tak ciasnych ramach. U niego nawet dzień jak każdy inny ma w sobie coś szczególnego.

Ocena: 4/5

Tagi: #Recenzje