24.02.2017 13:34

Pod mroczną górą [RECENZJA]

Hołd złożony Johnowi Carpenterowi i słynnemu „The Thing”, gdzie pobrzmiewają też echa twórczości H.P. Lovecrafta. Wzorce godne pochwały. A jak wygląda to na ekranie?

Pod mroczną górą [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Obraz rozgrywa się na przestrzeni około miesiąca między listopadem a grudniem w otoczeniu zasypanych śniegiem szczytów Kordylierów po ich kanadyjskiej stronie. Tu opatuleni ciepłymi kurtkami pracują archeolodzy, którym udało się odkryć tajemniczą budowlę pochodzącą sprzed tysięcy lat. Fani prozy samotnika z Providence mogą skądś kojarzyć ten motyw. Czas po pracy mija naukowcom na piciu piwa i graniu w karty. Ta sielanka przy minusowych temperaturach będzie miała wkrótce swój kres. W obozie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Poszczególni członkowie ekipy coraz bardziej odchodzą od zmysłów i tracą poczytalność.

Porównania do przełomowego obrazu Carpentera z 1982 roku nie są przesadzone. „Pod mroczną górą” wykorzystuje fabularny schemat wymienionego dzieła urozmaicając go nawiązaniami do opowieści o pradawnym, nienazwanym złu znanym z twórczości Lovecrafta. Kanadyjczyk Nick Szostakiwskyj dokonuje popkulturowego miksu, rekonstrukcji dzieł, którymi się inspirował. Czuć w tym jego autorski styl, jest to jednak przede wszystkim fanowskie podejście.

Autor zdjęć Cameron Tremblay pięknie portretuje pokryte śniegiem zbocza i wpasowane w krajobraz drewniane chaty. Tereny są malownicze, ale jednocześnie niepokojące, dające świadomość odcięcia bohaterów od reszty świata, zamknięcia ich w tym białym piekle, z którego nie ma ucieczki. Kamera przebywa w otwartych naturalnych przestrzeniach, ale nie sposób pozbyć się uczucia klaustrofobii. To potęgowane jest zwłaszcza, gdy przenosimy się do drewnianych chat. „Pod mroczną górą” nie obfituje w nagromadzenie akcji. Powolny rozwój wydarzeń ma wywołać uczucie nieznośnego podskórnego napięcia. Udaje się to połowicznie, bo Nick Szostakiwskyj ze swoim gatunkowym recyklingiem już u podstaw skazał swój obraz na pewną powtarzalność względem dzieł, z których czerpie. Niespodzianek więc nie ma, ugrzęzły gdzieś pod warstwą białego puchu.

„Pod mroczną górą” pozostaje jednak wciąż dziełem opowiedzianym z wyczuciem przez fana dla fanów. Dla Szostakiwskyja to dopiero druga fabuła, więc brak mu jeszcze maestrii, ale namacalne jest jego głębokie uczucie do gatunku, a to już wystarczający powód, by oczekiwać jego kolejnych dokonań.

Ocena: 3/5

„Pod mroczną górą” będziecie mogli obejrzeć w różnych kinach w całej Polsce w ramach festiwalu Fest Makabra.

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje