31.08.2017 15:55

Podwójny kochanek [RECENZJA]

Najnowszy film Françoisa Ozona pod pozorem zwykłego thrillera przemyca liczne symbole i głębszą opowieść o meandrach ludzkiej psychiki. Chociaż porównania do wczesnych dzieł Romana Polańskiego są na wyrost, film powinien spełnić oczekiwania zarówno fanów kina gatunków, jak i bardziej wymagających kinomanów.

Podwójny kochanek
foto: kadr z filmu

Kiedy szedłem na najnowszy film Françoisa Ozona, nie wiedziałem na jego temat nic, jedynie widziałem kilka plakatów. Nie oglądałem zwiastuna, ani nie czytałem żadnych opinii. Godzinę przed seansem usłyszałem hasło „jak wczesne filmy Polańskiego” i od razu się ożywiłem. Z czasem okazało się, że moje pierwsze skojarzenie przeważyło o ocenie. Ale po kolei.

„Podwójny kochanek” to historia byłej modelki, Chloé Fortin (Marine Vacth), która ma problemy z bolącym ją przez całe życie brzuchem. Szybko okazuje się, że przyczyną złego samopoczucia są jej problemy natury psychologicznej - brak wiary w siebie, problemy w znalezieniu miłości, niechęć do matki. Wszystko zmienia się, kiedy między nią a jej psychologiem Paulem Meyerem (Jérémie Renier) rodzi się uczucie. Chloé rozpoczyna nowe, na pozór szczęśliwe życie, jednak szybko bańka pęka. Dzieje się to w momencie, kiedy dziewczyna spotyka na swojej drodze brata bliźniaka ukochanego - Louisa Delorda i rozpoczyna z nim romans.

Fabuła staje się coraz bardziej pogmatwana, a Chloé jest rozdarta między ciepłym i opiekuńczym Paulem i pełnym zwierzęcej namiętności, dominującym Louisem. Wydarzenia z życia głównej bohaterki często mieszają się z wytworami jej wyobraźni i surrealistycznymi snami. Atmosfera się zagęszcza i z początkowo spokojnej historii o nieszczęśliwej młodej kobiecie, robi się mroczny thriller ze zwrotami akcji. I tu pojawiają się zastrzeżenia co do struktury opowieści. Film jest bardzo nierówny, jeśli chodzi o sposób narracji. Początek jest montowany w bardzo popularny ostatnimi czasy sposób - pocięte sceny terapii głównej bohaterki, dają nam pobieżny opis jej postaci. Potem mamy już tradycyjny sposób opowiadania. Z jednej strony można potraktować pierwsze kilka minut jako prolog, z drugiej, w oczy rzuca się pewna niekonsekwencja.

Nierówno jest także, jeśli chodzi o budowanie atmosfery. Tuż po pełnych emocji scenach zdarzają się spokojne momenty, które jednak nie są przeciwwagą wcześniejszych doznań, tylko raczej nużą. Film zbudowany jest na pewnego rodzaju sinusoidzie, ale każdy, kto był w lunaparku, wie, że długa jazda kolejką górską może wywoływać nudności. Minusem są również dwie końcowe sceny, w których użyto efektów specjalnych. I o ile do ich wykonania nie mam zastrzeżeń, to umieszczenie ich w filmie (tak wiem, że to wynika z fabuły i urojeń Chloé) pasuje jak pięść do nosa i mogą wywołać śmiech politowania.

Do kreacji aktorskich nie można się przyczepić. Vacth wspaniale wypadła w roli zagubionej dziewczyny, która nie potrafi powiedzieć, co jest prawdą, a co tylko wytworem jej wyobraźni. Przekonująco zagrała swoją postać, wzbudzając w widzu skrajne emocje. Równie dobrze sprawdził się Renier, który wcielił się w podwójną rolę. Pokazał swój warsztat aktorski, odgrywając jednocześnie miłego i poprawnego Paula oraz zbuntowanego i agresywnego Louisa. Chociaż zagrał dwie skrajnie różne od siebie postacie, pod koniec ich charaktery mieszają się, co tylko potęguje efekt, który miał w zamyśle reżyser. Postaci drugoplanowych jest mało i chociaż nie zapadają w pamięć jak główni bohaterowie, spełniają swoje role znakomicie. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Myriam Boyer w roli neurotycznej sąsiadki.

Filmowi Ozona nie brakuje niczego, co powinno znaleźć się w dobrym thrillerze. Oczywiście pojawiło się wiele podobnych filmów, więc wyjadacze na pewno od samego początku będą mieć swoje teorie na temat tego, co dzieje się w tej produkcji. Na uwagę zasługują wszechobecne symbole i odniesienia do popularnych teorii psychologicznych. Niektóre są widoczne na pierwszy rzut oka, inne odbiera się niekiedy podświadomie, jednak każdy, kto, chociaż trochę liznął Freuda, czy Lacana, poczuje się jak w psychologicznym niebie, odkrywając kolejne smaczki.

Największy minus filmu wynika z tego, o czym pisałem na początku - porównaniu do wczesnych filmów Romana Polańskiego. Oczywiście są tu echa jego twórczości i to bardzo namacalne. Jednak w „Podwójnym kochanku” brakuje specyficznej atmosfery szaleństwa i klaustrofobii obecnych w „Lokatorze”, czy „Dziecku Rosemary”. Tutaj Polański przywołany jest bardzo powierzchownie. Liczyłem na coś więcej.

Nie jest to wybitne kino. „Podwójny kochanek” jest oczywiście ambitniejszy niż większość hollywoodzkich propozycji, ale nie przeskoczył gatunku, jak dzieła Polańskiego. W historii głównej bohaterki można znaleźć komentarz o kondycji Zachodniego Świata i historię o samotności. Jest to również próba zobrazowania ludzkiej psychiki, która ociera się o wątki wręcz mitologiczne. Mniej wymagających widzów ucieszy, że intryga jest całkiem spójna i powinna zadowolić fanów filmów z tajemnicą w tle. Na szczęście nie ma zwrotów akcji rodem z amerykańskich hitów, co jest zdecydowanym plusem produkcji Ozona, ale zakończenie może trochę rozczarować. Jeśli lubicie dobre thrillery, w których chodzi o coś więcej niż rozrywkę, to na „Podwójnym kochanku” na pewno się nie zawiedziecie.

Ocena: 4/5

Sergiusz Kurczuk
Tagi: #Recenzje