04.01.2017 13:23

Sing [RECENZJA]

Scenerią musicalu połączonego z komedią staje się przestrzeń podupadającego teatru, na którego deskach możemy obserwować grupkę wzbudzających sympatię zwierzaków. Wyszło śpiewająco.

Sing [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne telewizyjne talent show, w których można zedrzeć z siebie szarość codzienności i mieć swoje pięć minut w blasku reflektorów. Programy dające szansę na zaprezentowanie swoich zdolności mamią obietnicą sławy, stania się gwiazdą i życia jak ona. Może właśnie tam uda się zostać dostrzeżonym, może tam swój początek będzie miała droga na szczyt?

Buster Moon doskonale rozumie te tendencje i w nich właśnie upatruje szansy na to, aby jego teatr ponownie stał się świątynią kultury zamiast przemieniającą się w ruinę konstrukcją tonącą w długach. Idealistyczny miś koala organizuje casting, w którym chce wyłonić najlepsze głosy w mieście, by wspólnie z nimi przygotować musical mający wstrząsnąć światem. Chętnych jest wielu, w końcu główna nagroda wynosi 100 tysięcy dolarów. Moonowi udaje się ostatecznie wyłonić Mike'a, czyli cwaniakowatą mysz w stylu Franka Sinatry, punkową jeżozwierzycę Ash, będącą na co dzień zapracowaną matką i żoną świnkę Rositę do spółki z przebojowym Gunterem, goryla Johnny'ego i nieśmiałą słonicę Meenę, która ma jednak wielki głos. Zestaw różnych charakterów o odmiennej wrażliwości i życiorysach potrafiący zrobić show, o jakim nikomu się nie śniło.

Za reżyserię dzieła odpowiedzialny jest Garth Jennings, który także napisał scenariusz obrazu. Można by rzecz, że to właściwa osoba na właściwym miejscu, jeżeli film dla najmłodszych chce się połączyć z musicalem. Twórca ma na koncie szereg teledysków dla takich sław, jak Radiohead, R.E.M., Moloko, Skunk Anansie i wielu innych. Jego reżyserskie portfolio w kwestii filmów pełnometrażowych obejmuje zaś m.in. młodzieżowe „Autostopem przez galaktykę”.

I faktycznie, udało się stworzyć tętniące życiem widowisko, w którym wybrzmiewa szereg współczesnych hitów zmuszających do rytmicznego tupania nogą. Roi się tu nie tylko od porywających dźwięków, ale i od wzbudzających sympatię bohaterów, których losy angażują. Całość zaś stanowi uniwersalną przypowiastkę o przełamywaniu wewnętrznych barier i pędzeniu za marzeniami. Tyleż naiwne i schematyczne, co zajmująco opowiedziane i wypełnione potokiem żartów potrafiących rozbawić nie tylko młodych widzów.

Obraz opowiadający o dążeniu do gwiazd został też wypełniony ich plejadą. W anglojęzycznej wersji filmu swoich głosów użyczyli m.in. Matthew McConaughey, Scarlett Johansson, Reese Witherspoon czy Seth MacFarlane. Również w przypadku polskiego dubbingu nie zabrakło znanych nazwisk, by wspomnieć tylko Marcina Dorocińskiego, Jarosława Boberka czy Ewę Farnę. Rodzimi aktorzy stanęli na wysokości zadania, a efekt ich pracy nie kaleczy uszu. Na szczęście w większości przypadków zachowano oryginalną ścieżkę dźwiękową w scenach śpiewanych z pominięciem tych, w które zaangażowana jest Ewa Farna. Polsko-czeskiej wokalistce trzeba oddać, że z filmową piosenką poradziła sobie nie gorzej niż Scarlett Johansson, a może nawet i lepiej.

Widowisko wystawione przez Bustera Moona a wyreżyserowane przez Jenningsa bawi, wzrusza, dostarcza rozrywki, a całość mimo że rozgrywa się w wyimaginowanym świecie zamieszkałym przez zwierzaki, to stanowi lustro, w którym możemy dostrzec odbicie nas samych i rzeczywistego świata. Film o rozśpiewanych futrzakach i nie tylko to silny akcent na początek roku w światku animacji dla najmłodszych. Po co komu Broadway skoro jest „Sing”?

Ocena: 4/5

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje