14.07.2017 15:45

Spider-Man: Homecoming [RECENZJA]

Nowy film ze Spider-Manem to wręcz idealny przykład dobrze realizowanej, ale mimo wszystko zbyt bezpiecznej formuły kinowego uniwersum Marvela. 

Spider-Man: Homecoming [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Nareszcie dotarliśmy do końca długiej drogi, jaką było oczekiwanie na premierę najnowszego spektaklu Sony Pictures i Marvel Studios. Po swoim udanym cameo w superprodukcji „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”, Spider-Man w wydaniu Toma Hollanda był na ustach wszystkich fanów kina superbohaterskiego, co skrzętnie wykorzystały obie wytwórnie, racząc nas niekończącą się kampanią promocyjną. Człowiek Pająk był dosłownie wszędzie i po czasie mogliśmy czuć się zmęczeni jego natarczywą obecnością.

Na szczęście okazuje się, że „Spider-Man: Homecoming” pod wieloma względami nie zawodzi, podtrzymując dobrą passę kinowego uniwersum Marvela i ukazując przy tym głównego bohatera w trochę innej odsłonie, niż widzieliśmy go do tej pory. I choć film zadowoli widzów oczekujących lekkiej i dobrze skalibrowanej rozrywki, to sam w sobie nie wnosi nic nowego do kina superbohaterskiego i w większym lub mniejszym stopniu podąża tym samym szlakiem, co inne produkcje tego typu, czyli natrafimy na narrację w stylu wzlot-upadek-wzlot, przewidywalne rozwiązania dramaturgiczne, odpowiednią dawkę wstawek komediowych i frenetycznie zmontowane sekwencje akcji. Za to możemy śmiało powiedzieć, że charyzmatyczny Holland prezentuje się lepiej niż wcześniejsi odtwórcy roli Człowieka Pająka (Tobey Maguire i Andrew Garfield).

Jedną z mądrzejszych decyzji, jaką podjął reżyser Jon Watts oraz piątka (!) scenarzystów, było pominięcie wątku związanego z genezą postaci. Czyli zapomnijcie o tym, że po raz trzeci zobaczycie, w jaki sposób Peter Parker zyskał swoje nadludzkie moce. Owszem, pojawia się scena, w której opowiada o ukąszeniu pająka, ale jej ton jest mocno humorystyczny. W filmie nie uświadczymy również śmierci wujka Bena. I choć nie można pominąć faktu, że jest to drugi reboot przygód Spider-Mana w przeciągu ostatnich 15 lat, to trzeba pochwalić twórców, że przynajmniej w powyższych przypadkach oszczędzili nam męczarni z oglądaniem po raz kolejny tych samych wydarzeń. Wspomniana liczba osób pracujących nad skryptem od początku mogła budzić obawy, że historia stanie się zlepkiem różnych pomysłów, z których jedne będą dobre, a drugie totalnie zbędne. I choć widać pewien rozłam odnośnie tonu produkcji, to obyło się bez większych zgrzytów.

Najlepiej w nowym Spider-Manie wypadają sceny odwołujące się do konwencji kina młodzieżowego lat 80. spod znaku Johna Hughesa („Klub winowajców” czy „Wolny dzień Ferrisa Buellera”). Peter Parker jawi się w nich jako uroczo nieporadny geek, który podkochuje się w szkolnej piękności (Laura Harrier). Ma nawet swojego sidekicka w postaci komicznego Neda (Jacob Batalon) oraz niegroźnego rywala-dręczyciela Flasha (Tony Revolori). Postawienie większego nacisku na licealne problemy bohatera opłaciło się jak najbardziej, bo dzięki temu możemy popatrzeć dłużej na jego zwyczajniejsze życie. Nakreślony tutaj konflikt między byciem jednocześnie superbohaterem i zwyczajnym nastolatkiem rozegrano bez większych zaskoczeń, ale cieszy fakt znikomej ilości patosu.

A jak ma się sprawa z przeciwnikiem Spider-Mana? Żaden z członków Avengersów nie posiada tak bogatej galerii złoczyńców jak on, więc było z czego wybierać. W filmie Wattsa postawiono na Adriana Toomesa aka Sępa (Michael Keaton), który na tle przeważnie nieprzekonujących czarnych charakterów Marvela wydaje się ciekawy ze względu na swoją prostą motywację. Nie chodzi mu o dominację nad światem, lecz wyżywienie rodziny. Pokręcona, ale też znamienna dla dzisiejszych czasów logika postaci Keatona ciekawie zderza się z dość jeszcze naiwną mentalnością Spider-Mana. Można nawet powiedzieć, że Toomes jest dla głównego bohatera kimś w rodzaju mentora, który ukazuje mu życie od tej mniej pogodnej strony. Oczywiście oficjalnym mentorem Parkera pozostaje Tony Stark (Robert Downey Jr.), ale jego udział w filmie wydaje się niepotrzebny.

Do detronizacji nie doszło. „Spider-Man 2” Sama Raimiego z 2004 wciąż pozostaje najlepszym filmem o Człowieku Pająku. Jednak można wyczuć niemały potencjał w „Homecoming” – głównie za sprawą obecności Toma Hollanda, który wydaje się po prostu stworzony do tej roli. Fani Marvela będą zadowoleni, zaś malkontenci będą zgrzytać zębami, ale ostatecznie warto się przejść do kina, aby wyrobić sobie samemu opinię o filmie z wiecznie młodym bohaterem.

Ocena: 3/5

Kamil Dachnij
Tagi: #Recenzje #Spider-Man