23.06.2017 08:48

Transformers: Ostatni Rycerz [RECENZJA]

Michael Bay znowu tego dokonał - stworzył napompowane milionami dolarów widowisko o niczym. Jednak fanów serii, o ile takowych ona jeszcze posiada, prawdopodobnie kupi już sama cyferka w tytule.

Transformers: Ostatni Rycerz [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Patos wylewa się tu całymi strumieniami z każdego kadru, a płomienie ognia i wybuchy towarzyszą nam nawet w zwykłych scenach dialogów. Ma nas zalać spektakl fajerwerków tworzony przez gigantyczne mechy i, uwaga, ponownie dinoboty. Już wymienienie zaledwie kilku składowych filmu „Transformers: Ostatni Rycerz” daje jasno do zrozumienia, że jest to obraz przewidziany na to, aby nie obciążyć zanadto szarych komórek widza. A może wręcz odwrotnie i seans co poniektórym odbiorcom zaserwuje przepalenie zwojów mózgowych? W końcu naiwność fabuły i rozwiązań scenariuszowych nie ma tu dla nas litości.

Właśnie, za skrypt odpowiada co najmniej siedmiu scenarzystów. Tylko hollywoodzcy producenci raczą wiedzieć czy tego towarzystwa było jeszcze więcej. A tam gdzie tylu speców od tworzenia historii, których celem jest wyciąganie pieniędzy z kieszeni widzów, tam... nie ma na czym zawiesić oka. Fabuła jest co najwyżej zdawkowa i mająca służyć jako przyczynek do znaków firmowych Michaela Baya - scen w zwolnionym tempie, tanich one linerów i spektaklu eksplozji. Bodaj największa różnica w stosunku do poprzednich części polega na tym, że nie są już eksponowane kształty Megan Fox. Jej miejsce zajęła po prostu Laura Haddock.

Ludzie są wrogo nastawieni do Autobotów, oprócz Cade'a Yeagera (tak samo drewniany jak zwykle Mark Wahlberg). Transformery przestają być jednak większym zmartwieniem, gdy okazuje się, że w stronę Ziemi pędzi planeta Cybertron i grozi wyginięciu ludzkości. Nasz świat może ocalić wyłącznie wymieniony Cade, jak się okazuje tytułowy ostatni rycerz, i ponętna pani profesor Vivian Wembley, potomkini... czarodzieja Merlina. No właśnie, dowiadujemy się, że ogromne roboty przybyły na Ziemię już we wczesnym średniowieczu i zawarły z ludźmi pakt. Mechy pomagały też aliantom w wojnie z nazistami. Po drodze pojawia się oczywiście jeszcze kilka wątków, ale kto by się nimi przejmował. Absurd jest? Jest. Stawka większa niż życie jest? Jest. No to do dzieła! Wysadźmy coś!

Twórcy popełniają jeszcze jeden z grzechów, który towarzyszy im od początku serii. Może całość byłaby znośna i można by było ją potraktować jako lekkie kino napakowane akcją, gdyby nie to, że metraż został rozciągnięty do kolosalnych 150 minut. Przy trwającym ponad dwie godziny spektaklu czerstwych tekstów nawet cytaty ze Stevena Seagala urastają do miana poezji. Można zacząć kręcić się nerwowo w fotelu przy tak długim czasie projekcji, a następujące co i raz sekwencje pojedynków i pościgów zaczynają nużyć, zaś podniosła muzyka wywołuje już odruchy wymiotne. Tu zresztą należy się twórcom mały plusik za puszczenie oka do widza, bo w jednej ze scen monolog wygłaszany przez postać Anthony'ego Hopkinsa (sir Edmund Burton) okraszony zostaje patetyczną muzyką organową graną przez jego mechanicznego kamerdynera. Bohater kręci głową w akcie zażenowania i zwraca uwagę swojemu wiernemu słudze na to, żeby zwyczajnie przestał. Czy to podjęta przez reżysera próba wytknięcia swoich własnych błędów? Powiedzenie „wiemy, że to głupie, ale producenci tak chcieli”?

Nieznośne jest także lokowanie produktu. Dość wspomnieć, że jeden z Autobotów nosi dumnie na piersi znaczek Mercedesa. Zmarnowano także potencjał aktorów, którzy użyczyli głosu Transformerom. Omar Sy jako mówiący z francuskim akcentem Hot Rod nie jest komiczny a żenujący, robot-weteran ze strunami głosowymi Johna Goodmana poprzez wygłaszane teksty każe raczej zatykać uszy.

Jest tak jak było - źle, ale seria ma swoich amatorów. Tych nie trzeba będzie przekonywać do obejrzenia nowych Transformerów. W tytule pojawia się „Ostatni Rycerz”, ale bynajmniej to nie ostatnia odsłona cyklu. Szósta część ma już datę premiery, a także ma powstać spin-off z Bumblebeem. Nawet fatalne wyniki „Ostatniego Rycerza” w box office prawdopodobnie nie przerwą produkcji zapowiedzianych już filmów. Fani będą zadowoleni, ale wnioskując po wpływach z kas kinowych, tych z roku na rok jest coraz mniej.

Ocena:

1,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #Recenzje #Transformers