05.10.2016 18:29

Wołyń

U Wojtka Smarzowskiego bez zmian. Reżyser wciąż nie boi się kontrowersyjnych tematów, dalej zgłębia najciemniejsze zakątki ludzkiej natury oraz nie stroni od pokazywania na ekranie szokującej przemocy. Jednak co najważniejsze niezmiennie uprawia wielkie i ważne kino. Niech poleje się wódka i krew.

foto: materiały prasowe

Po „Drogówce” i „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowski ponownie, jak w przypadku „Róży”, udaje się w przeszłość. Dokładnie do lat 1943-44 i okresu rzezi wołyńskiej, ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na mniejszości polskiej. Reżyser jeszcze przed premierą dzieła mówił, że to dla niego niezwykle trudny film, a jednocześnie najważniejszy w całej karierze. Ten pietyzm i poświęcenie tematowi czuć na ekranie, nie tylko poprzez oddanie realiów epoki, ale także przez emocjonalny ciężar zawarty w filmie.

Historia skupia się wokół Zosi Głowackiej (Michalina Łabacz), młodej polskiej dziewczyny zakochanej w Ukraińcu Petrze (Wasyl Wasylik). Wyidealizowana miłość jest jednak niczym w oczach jej ojca (Jacek Braciak) widzącym interes w wydaniu córki za bogatego sołtysa Macieja (Arkadiusz Jakubik). Potrzeby serca będą musiały ostatecznie zejść na dalszy plan, gdy na wołyńskich ziemiach zapanuje piekło zgotowane kolejno przez niemieckie wojska, komunistyczne rządy Rosjan, a w końcu przez czas, gdy sąsiad będzie czyhał z siekierą na sąsiada.

Pomimo świetnych kreacji aktorskich (zasłużona nagroda dla Michaliny Łabacz za najlepszy debiut aktorski  na festiwalu w Gdyni), to na głównego bohatera filmu wyrastają nie ludzie, a ziemia, Kresy właśnie. Z wielką dokładnością odmalowany zostanie tamtejszy folklor z dawnych lat ze swoimi obrzędami i całą resztą elementów na niego się składających, a także historia, choć poddana interpretacji reżysera. Ta zaś przepełniona jest antagonizmami, które doprowadzają do tego, że bohaterka przemienia się ostatecznie w żywego trupa przemierzającego kolejne kręgi piekieł. Upodlona, pochłonięta przez bezsilność, ostatkiem sił trzymająca się życia, niemal pozbawiona tożsamości.

Smarzowski nie stara się nikogo wybielać. Udowadnia, że wszyscy jesteśmy się w stanie zamienić w bestie. Tu nie ma podziału na tych złych i dobrych. Każda dusza bez względu na barwy narodowe jest zdolna do najbardziej barbarzyńskich czynów. Estetyka szoku nie jest nowością w filmografii twórcy „Wesela”, jednak w porównaniu do wcześniejszych dokonań reżysera przemocy nie ma tu aż tak wiele. Nie znaczy to, że reżyser w ogóle z niej zrezygnował, czy że oczy nie uciekają w bok przy oglądaniu co poniektórych bestialskich scen, które wręcz ocierają się o estetykę gore. Ponownie więc będziemy się wiercić w fotelach i czuć, jak krople zimnego potu pojawiają się na czole. Jednak jeszcze silniej od dosłowności działają momenty pozbawione krwi i obrazów rodem z poematu Dantego, jak np. kazanie duchownego, czy zagrzewanie się ukraińskich Banderowców do walki. Wszystko to jest niezwykle trudne do przetrawienia i nie zaszkodzi zażycie środków znieczulających przed seansem.

„Wołyń” miał być dziełem budującym mosty, nie palącym je. Czy faktycznie takie rozdrapanie rany doprowadzi do jej całkowitego wygojenia pozostaje kwestią sporną, ale pewne jest, że przedstawiony temat nie stracił na swojej aktualności zwłaszcza w obliczu obecnych wydarzeń na świecie. Nie jest to najlepszy film podpisany przez Smarzowskiego, ale bardzo ważny dla twórcy i taki też powinien być dla nas. Właśnie tak należy mówić o historii. „Wołyń” to potężny cios, a takie odczuwa się i pamięta o nich przez bardzo długo.

Ocena: 4/5

komentarze
Tagi: #Recenzje #Wołyń