24.05.2016 15:12

AntyTeza: Killing Joke - Brighter Than a Thousand Suns

Co robić, gdy nagrało się już swój największy komercyjny przebój? Jedni staraliby się zdecydowanie od niego odciąć, inni - nagrają cały album utrzymany dokładnie w jego stylistyce. Ofiarą tego drugiego pomysłu padł Killing Joke.

AntyTeza: Killing Joke - Brighter Than a Thousand Suns
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Grupa Jaza Colemana wywarła ogromny wpływ na rockową i metalową scenę, już począwszy od swojego kultowego debiutu z 1980 roku. Takie kompozycje jak „Requiem” czy „Wardance” doczekały się niezliczonej ilości coverów, natomiast nowatorskie, dzikie podejście do muzyki stało się inspiracją dla tak zróżnicowanych zespołów jak Metallica, Soundgarden czy Nine Inch Nails.

Prawdziwym przełomem w karierze Killing Joke okazał się dopiero wydany w marcu 1985 roku album „Night Time”. Grupa ostatecznie odeszła na nim od postpunkowej surowości i plemiennych rytmów, które stanowiły dotąd o jej wyjątkowym charakterze brzmieniowym.

Zapowiedzią takiego kierunku był już singiel „Eighties”, którym nawet aż za mocno zainspirowała się Nirvana w swoim „Come as You Are”. W efekcie twórcy „Nevermind” zostali pozwani przez kapelę Jaza Colemana, jednak w obliczu samobójstwa Kurta Cobaina cała sprawa została puszczona w niepamięć. Świadectwem ostatecznego pogodzenia muzyków był występ Dave'a Grohla na albumie „Killing Joke” z 2003 roku.

Ta sytuacja doskonale jednak oddaje to, jak wpływowa była twórczość Londyńczyków. „Eighties” zapowiadał już zwrot w stronę bardziej nowofalowych brzmień, za którym stał Chris Kimsey. Producent działał wcześniej m.in. z The Rolling Stones i The Cult, a mniej więcej w tym samym czasie co przy „Night Time”, pracował nad pamiętnym „Misplaced Childhood” Marillion.

W parze z odświeżonym brzmieniem poszła zdecydowanie łatwiejsza przyswajalność materiału, czego ostatecznym dowodem był singiel „Love Like Blood”. Kawałek zdobył popularność w europejskich rozgłośniach radiowych, a w rodzimej Wielkiej Brytanii udało mu się dotrzeć aż do 16. miejsca zestawienia najpopularniejszych singli. Do dziś to prawdopodobnie najbardziej znana kompozycja Killing Joke.

Ciężko zarzucać komercję tak bezkompromisowemu zespołowi jak Killing Joke, którego wokalista co i rusz krytykuje obecny stan naszego społeczeństwa, kierunek, w którym zmierza świat, a jak trzeba nawet otwarcie zszarga z błotem Bono. Nie da się jednak ukryć, że wydana tuż po „Night Time” płyta „Brighter Than a Thousand Suns” brzmi dokładnie tak, jakby zespół zasugerował się przede wszystkim sukcesem „Love Like Blood”.

Złośliwi powiedzieliby wręcz pewnie, że Killing Joke wziął ten utwór, skopiował i powielił na kilka osobnych kompozycji. Bardziej sprawiedliwie byłoby jednak zauważyć, że grupa Jaza Colemana - podobnie jak w tym samym czasie The Stranglers czy The Damned - wyznaczała już sobie ambitniejsze cele, wykraczające poza punkowe getto, z którego wszystkie te zespoły się wywodziły. Tak się złożyło, że wszystkie prowadziły w gotyckie rejony...

Dzięki temu Jaz Coleman miał wreszcie okazję, by bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - i później - wyeksponować swój melodyjny, wręcz noworomantyczny wokal, ukazujący go od znacznie wrażliwszej strony. Nie oznacza to jednak wcale, że wokalista nagle złagodził swój przekaz i zaczął śpiewać pod radio piosenki o miłości - jego teksty pozostały tak samo apokaliptyczne, o czym przekonywał singlowy „Sanity”:

"

Wszędzie dookoła upadają pomniki
Świętowaliśmy sekundy, odliczaliśmy dni
Ludzie idą dalej jak zmarszczki na ich twarzach
I ściskają się nawzajem z uśmiechem na twarzy

(...)

Niewinność przeminie jak złota jesień
A wraz z nią sny o młodości i celu
Rozstaniemy się w pokoju
Z myślą o ukochanych w naszych sercach "

Upadek cywilizacji ukazuje też „Twilight Of The Mortal”, w którym Jaz Coleman w typowy dla siebie sposób przedstawia tematykę śmiertelności. Wokalista jawi się tu jako iście findesieclowy filozof, który wyrażał obawy świata przed nuklearnym holokaustem, do którego nawiązywał już tytuł „Brighter Than a Thousand Suns” - jaśniejszy od tysiąca słońc miał być właśnie wybuch bomby atomowej, do czego lata później nawiązywały też m.in. Iron Maiden i Linkin Park.

Choć wokalne pogłosy i uwypuklone klawisze współgrały z niepokojącą tematyką utworów, to właśnie miks materiału wzbudził najwięcej kontrowersji. Dokonane przez Juliana Mendelsohna poprawki naraziły zespół na zarzuty, że ugiął się pod presją wytwórni i zdecydował się wygładzić materiał. Dopiero w 2007 roku oficjalnie wydano pierwotne miksy Chrisa Kimseya, które stawiały bardziej na sekcję rytmiczną i czysty głos Colemana.

Jednak nawet w oryginalnie wydanej wersji wrażenie robiły takie kompozycje jak bardziej rockowy, utrzymany w stylu z „Night Time” kawałek „Chessboards” czy epicki „Rubicon” z charakterystycznym skandowaniem. Słuchając rozbudowanego „Wintergardens” można by podejrzewać Killing Joke nawet o progresywne ciągoty, tyle że przepuszczone uprzednio przez filtr Joy Division i Bauhaus.

A o tym, w jak kreatywnej formie znajdował się wówczas zespół, przekonują wcale nie odstające od pozostałego materiału utwory „Goodbye to the Village” i „Exile”, które skończyły dopiero jako dodatki do wydania na CD. I nawet gdy syntezatory wyparły gitary na margines w „A Southern Sky”, ciężko ten zabieg krytykować - dzięki niemu powstał kolejny poruszający lament ludzkości.

„Brighter Than a Thousand Suns” to jedna z niezliczonych płyt, które padły ofiarą fanów nie nadążających za swoimi idolami. Z kolei na mainstreamowy sukces nie miała zbyt dużych szans - nawet w sprzyjającym takim wydawnictwom latach osiemdziesiątych - za sprawą niełatwej tematyki i ciężkiego, często przytłaczającego klimatu. To potrafił sprzedać masom dopiero Andrew Eldritch ze swoim „Floodland”.

Z dzisiejszej perspektywy to przede wszystkim ciekawy dokument apokaliptycznych niepokojów cywilizacji w obliczu zimnej wojny. Chłód zresztą z tej płyty aż wycieka, co stawia ją w jednym rzędzie z największymi perłami gotyku i nowej fali lat osiemdziesiątych.

A jak Wy wspominacie „Brighter Than a Thousand Suns”?

Jakub Gańko
Tagi: #AntyTeza #Duperele #Killing Joke