21.12.2015 18:20

AntyTeza: Led Zeppelin - Houses of the Holy

Co powinien zrobić zespół, który zapisał się w historii rocka czterema genialnymi płytami? Chyba już tylko się rozwiązać. Bo nawet jeśli spróbuje zdobyć nowe terytoria, może go spotkać wyłącznie krytyka...

AntyTeza: Led Zeppelin - Houses of the Holy
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Piąty album Led Zeppelin na pewno zwracał uwagę swoją okładką. Odpowiedzialny jest za nią Aubrey Powell ze słynnej agencji Hipgnosis znanej przede wszystkim z oprawy graficznej płyt Pink Floyd. Kolaż, który przygotował dla grupy Jimmy'ego Page'a, zainspirowany został powieścią „Koniec dzieciństwa” Arthura C. Clarke'a. Scena z „Houses of the Holy” ma przedstawiać moment, w którym ludzkość łączy się z wyższym, pozaziemskim intelektem.

Do dziś obraz ten uznawany jest za jedną z najlepszych okładek płytowych wszech czasów, a w 1974 roku był nawet nominowany do nagrody Grammy. O ile jednak warstwę graficzną doceniono od razu, tak materiał muzyczny wzbudził wiele kontrowersji i spotkał się z dużą dawką krytyki. Trudno się dziwić - są na „Houses of the Holy” momenty, których nie spodziewał się raczej żaden miłośnik Led Zeppelin...

Konkretnie należałoby za taki stan rzeczy obwiniać głównie dwa utwory. Przede wszystkim słynny „D'yer Mak'er” - kto by przypuszczał, że kapela czerpiąca pełnymi garściami z bluesa nagle zwróci się w kierunku... Jamajki? Co strzeliło do głowy Zeppelinom, by brać na warsztat tak odległe od ich wcześniejszej stylistyki reggae? Ze słów Jimmy'ego Page'a wynika, że zespół chyba sam nie podejrzewał, iż słuchacze wezmą ten kawałek aż tak na poważnie.

"

Nie spodziewałem się, że ludzie tego nie załapią. Wydawało mi się, że to całkiem oczywiste. Sama piosenka była skrzyżowaniem reggae z numerami z lat 50. w stylu „Poor Little Fool” Bena E. Kinga. "

O żartobliwym charakterze utworu przekonywał już jego tytuł, nawiązujący do nieprzetłumaczalnej gry słów „did you make her” i „Jamaica” w starym dowcipie. Paradoksalnie numer znakomicie radził sobie na listach przebojów i to m.in. on zapewnił płycie aż 11-krotne pokrycie się platyną. To podobna sytuacja jak z „Easy” Faith No More. Nagrany dla żartu cover Commodores do dziś pozostaje najpopularniejszym utworem grupy Mike'a Pattona.

Drugim najbardziej problematycznym utworem na „Houses of the Holy” jest „The Crunge”. Tu dla odmiany Led Zeppelin zdecydował się na pastisz funkowych brzmień w stylu Jamesa Browna. Robert Plant nawiązał do czarnoskórego wokalisty bezpośrednio w zakończeniu kawałka, gdzie imituje jego improwizowany styl prowadzenia utworu. W odróżnieniu od „D'yer Mak'er”, za którym nie przepada sam zespół, John Paul Jones uważa „The Crunge” za jeden z najlepszych utworów jego grupy.

Z jednej strony trudno mieć do muzyków pretensje, że osiągnąwszy na „Led Zeppelin IV” szczyt w dotychczasowej stylistyce, postanowili próbować sił w najbardziej szalonych gatunkowych wędrówkach. Z drugiej strony, te dwa nietypowe utwory zaważyły na powszechnej opinii o całym albumie i przysłoniły jego fenomenalne momenty, które można stawiać w jednym rzędzie z najwybitniejszymi dokonaniami z poprzednich krążków.

Weźmy taki „The Song Remains the Same” - też odległy od bluesowego mroku, a jednak przekonujący do nowego stylu gry Page'a. Do tego dochodzi bogata, wręcz orkiestrowa aranżacja i wyraziste, potężne brzmienie. Takiego otwieracza płyty można tylko pozazdrościć. Zresztą fakt, że najsłynniejsza koncertówka Led Zeppelin wzięła swój tytuł właśnie od niego, już o czymś mówi.

Pewnym wyznacznikiem jakości może być też podchwytywanie utworu przez innych artystów - to świadczyłoby na korzyść funkującego „The Ocean”. Główny riff tego kawałka został zsamplowany lata później przez Beastie Boysów w ich „She's Crafty”. Oryginał zwraca też uwagę takimi niuansami jak wstęp zaintonowany przez wyliczankę Johna Bonhama czy... dzwoniący w trakcie nagrania telefon.

Z kolei „The Rain Song” to nostalgiczna ballada, której może i brakuje żaru „Since I've Been Loving You”, ale chwyta słuchacza za serce od innej strony. John Paul Jones wzbogacił jej brzmienie melotronem, a Robert Plant dał jeden ze swoich najlepszych popisów wokalnych.

Za najważniejszy fragment „Houses of the Holy” należałoby jednak uznać „No Quarter”. Ta wyjątkowa kompozycja błyskawicznie stała się kulminacyjnym momentem każdego koncertu Led Zeppelin. Grana nieco inaczej niż na płycie, otwierała pole do niepohamowanych improwizacji. Słynny producent Rick Rubin stwierdził, że jej wyjątkowa struktura zmieniła myślenie o całej muzyce popularnej.

Czy takie utwory mogły się znaleźć na słabej płycie? Największym grzechem „Houses of the Holy” zdaje się być fakt, że wyszła tuż po „Led Zeppelin IV”. Wiadomo, że takiego albumu się nie przeskoczy, dlatego grupa Jimmy'ego Page'a próbowała go nieco obejść naokoło. Nawet jeśli momentami na tej drodze zbłądziła, ostatecznie doszła do zróżnicowanego, nie tak równego, ale wciąż dobrego materiału.

Na pewno nie można nic zarzucić produkcji tego krążka. Zespół nagrał go w posiadłości Stargroves, należącej do Micka Jaggera. Rolling Stonesi użyczyli kolegom po fachu również swojego przenośnego studia. Dzięki temu brzmienie „Houses of the Holy” do dziś robi wrażenie i nadrabia nawet w tych momentach słabszych kompozycyjnie.

Z perspektywy czasu piąty album Led Zeppelin nie wywołuje już aż takich emocji i przez wielu fanów został należycie doceniony. O jego wpływie na inne zespoły niech świadczy krążek industrialmetalowego Ministry, ze sparafrazowanym tytułem „Houses of the Molé”. Z kolei monumentalny „No Quarter” doczekał się w 2000 roku wyjątkowego coveru w wykonaniu Toola. Coveru, który - co rzadkie w przypadku Led Zeppelin - wcale nie ustępuje oryginałowi.

A Wy co sądzicie o „Houses of the Holy”?

Jakub Gańko
Tagi: #AntyTeza #Duperele #Led Zeppelin