06.10.2017 13:21

Me and That Man w polskiej trasie [RELACJA+GALERIA]

Zespół Nergala i Johna Portera wyruszył w Polskę by promować swoją debiutancką płytę „Songs of Love and Death”.

Me and That Man w polskiej trasie [RELACJA+GALERIA]
foto: Romana Makówka/Antyradio

Wiele osób mogło być zszokowanych na wieść o tym, że popularny frontman Behemotha chce spróbować swoich sił w dużo łagodniejszych, ale nie mniej mrocznych, klimatach country-alternatywy. Nie mniej jednak Nergal zwerbował do projektu legendarnego Johna Portera i w marcu 2017 roku panowie pod nazwą Me and That Man wydali debiutancki album „Songs of Love and Death”.

Zebrali więc grupy Sasha Boole oraz Fertile Hump i ruszyli na podbój polskich ziem. Koncert otwierał Sasha Boole, ukraiński wokalista folkowy. W Polsce promował swój trzeci album zatytułowany „Golden Teeth”. Następnie swoje piosenki zaprezentowali Fertile Hump. Polskie trio gra muzykę z pogranicza rocka i bluesa. Zespół promował swój debiutancki album „Dead Heart”. Obydwa suporty dały z siebie mnóstwo serca i słychać, że mają potencjał, by w przyszłości było o nich głośno. Ja osobiście bardzo czekam na nowy materiał od Fertile Hump.

Następnie przyszedł czas na danie główne – Me and That Man. Koncert rozpoczął się drobną obsuwą, jednak sprawiło to, że fani tylko i wyłącznie byli bardziej głodni by zobaczyć artystów w akcji. Na pierwszy rzut oka zaskakiwała prostota w wystroju sceny. Żadnej pirotechniki czy rozbudowanej, wielowarstwowej scenografii. Był jedynie baner za perkusją i przez krótką chwilę biała kurtyna z logiem zespołu. Koncert rozpoczęło pytanie Nergala w stronę publiczności „Czy wiecie, że jest kościół, w którym trzeba nie trzeba klęczeć?”. Następnie wybrzmiały pierwsze akordy „My Church is Black” i poznaliśmy kościół według Me and That Man.

Panowie odegrali w całości swój debiutancki album. Definitywnie największymi koncertowymi hitami było „I’m on the Road”, „Cross My Heart and Hope to Die” wykonane z dziecięcym chórem i osobiście mój ulubiony fragment całego show – John Porter solowo wykonujący „Of Sirens, Vampires and Lovers”. Emocje i ekspresyjność wokalisty w tym utworze zbudowały niesamowitą atmosferę przepełnioną smutkiem i melancholią. W ogóle „That Man” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, bo pomimo dużo dłuższego stażu w branży od Nergala, momentami wykazywał większą energią od swojego młodszego kolegi. Nie umniejszając Darskiemu, który z godną podziwu charyzmą zabawiał publikę swoimi opowieściami o pewnym panu, który żył 2000 lat temu i poznał kobietę o imieniu Magdalena, czy historyjką o gitarze, którą dostał od pewnej byłej dziewczyny, która również robiła w showbiznesie.

Na wspomnienie zasługują również bisy wykonane przez kapelę. Panowie odegrali przebój The Talking Heads zatytułowany „Psycho Killer”, a potem odpalili petardę „Refill” z repertuaru Johna Portera. Utwory na koncercie miały ogromny power, a słowa Nergala, który stwierdził, że Me and That Man to tak naprawdę punkowy zespół, zostały potwierdzone energetycznym zakończeniem koncertu. Wrażenia są jak najbardziej pozytywne i ja mogę osobiście polecić pójście na koncert projektu, bo naprawdę warto. Czasami się zaśmiejecie, czasami wpadniecie w melancholie, ale muzyka zawsze będzie na poziomie.

 Relacja tekstowa jest z koncertu w warszawskim klubie Palladium, zaś zdjęcia pochodzą z koncertu w krakowskim Teatrze Variete.

Kamil Kacperski
Tagi: #Galeria #Koncerty