07.07.2015 12:46

Motorhead na Torwarze w Warszawie [GALERIA]

Brytyjski zespół pojawił się w naszej stolicy 6 lipca 2015 roku w ramach trasy na 40-lecie istnienia grupy. Przeczytajcie naszą relację i zobaczcie galerię zdjęć z tego rockowego święta!

Motorhead na Torwarze w Warszawie [GALERIA]
foto: Oskar Olczak/ Antyradio.pl

Koncertowi Motorhead, zarówno dosłownie, jak i w przenośni, towarzyszyła gorąca atmosfera. Pomimo doskwierającego upału przed wejściem na warszawski Torwar zaroiło się od ludzi odzianych w czarne koszulki. Muzyka Lemmy'ego łączy pokolenia, gdyż dało się zaobserwować cały przekrój wiekowy fanów - od najmłodszych po osoby z bandaną na głowie i w skórzanych kurtkach, które z pewnością doskonale pamiętają dzień premiery pierwszego albumu Motorhead.

Podczas występu supportu, którym był warszawski heavymetalowy zespół Scream Maker, hala nie była jeszcze w pełni wypełniona. To jednak nie przeszkodziło dać grupie udany koncert. Nie było jednak wątpliwości co do tego, na kogo oczekują zgromadzeni.

Zobaczcie występ Motorhead na zdjęciach naszej galerii:

Zespół wkroczył na scenę punktualnie. Tradycją na występach grupy jest krótka introdukcja charakterystycznym chrapliwym głosem Lemmy'ego, który pamięta niejedną paczkę papierosów i niejedną butelkę whiskey. „Jesteśmy Motorhead i zagramy Wam trochę rock'n'rolla”. A słowo przerodziło się w ścianę bezkompromisowego rockowego uderzenia.

Po Lemmym widać, że ząb czasu, a zwłaszcza problemy zdrowotne, go nie oszczędzają. Została już tylko połowa z tego potężnego gościa, jednak wciąż bije od niego aura prawdziwego rockmana. To człowiek symbol, prawdziwa ikona, którego blasku nie są w stanie przyćmić żadne przeciwności losu.

Obok wokalisty w przeciwnym końcu sceny swoje riffy wygrywał Phil Campbell w stylowej koszulce z „Pulp Fiction”. Gitarzysta przemierzał estradę wzdłuż i wszerz, by móc zaprezentować się wszystkim słuchaczom. Muzyk zagrał również natchnione solo w świetle zielonych reflektorów na instrumencie z podświetlanymi tym samym kolorem progami. Niestety jego show zaburzyły problemy techniczne.

Zza ustawionego na podwyższeniu zestawu perkusyjnego z dwoma centralami widoczna była tylko jasnowłosa czupryna Mikkey'a Dee, jak i jego pałki wymierzające kolejne silne uderzenia w instrument. Bębniarz prawdziwy pokaz swoich umiejętności dał podczas utworu „Doctor Rock” wykonując kilkuminutową solówkę.

Koncert wypełniony był kultowymi numerami z repertuaru grupy. I tak jak rozpoczęły go słynne słowa Lemmy'ego, tak też zakończyło go inne typowe zachowanie, które jednocześnie scaliło całość spójną klamrą wpisując show w formę wielkiego, klasycznego występu. Frontman chwycił swój bas Rickenbackera, którym zaczął imitować strzelanie z karabinu. Faktycznie zostaliśmy powaleni, i by sparafrazować tytuł utworu Motorhead „Killed By Death”, zostaliśmy zabici przez zespół. Pozostaje czekać na kolejną okazję, by Lemmy i reszta mogli nam ponownie sprawić taki łomot, bo subtelniejsze określenie jest zupełnie nieadekwatne. 

Setlista:

  1. We Are Motörhead
  2. Damage Case
  3. Stay Clean
  4. Metropolis
  5. Over the Top
  6. Guitar Solo
  7. The Chase Is Better Than the Catch
  8. Rosalie (Bob Seger cover)
  9. Rock It
  10. Lost Woman Blues
  11. Doctor Rock (z solo na perkusji)
  12. Just 'Cos You Got the Power
  13. Going to Brazil
  14. Ace of Spades

Bis:

15. Overkill

Robert Skowroński
Tagi: #Koncerty #Motorhead