16.09.2017 14:44

The Sisters Of Mercy w Warszawie [RELACJA+GALERIA]

Jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka gotyckiego wystąpił 15 września 2017 w klubie Progresja Music Zone w Warszawie.

The Sisters Of Mercy w Warszawie [RELACJA+GALERIA]
foto: Aleksandra Degórska/Antyradio.pl

The Sisters Of Mercy to naprawdę dziwny zespół. Działa nieprzerwanie od 40 lat, a nagrał zaledwie trzy albumy studyjne, trzy EP i kilkanaście singli – w dodatku ostatni premierowy utwór wydał niemal ćwierć wieku temu. Lider brytyjskiej grupy, Andrew Eldritch nawet nie kryje, że zupełnie nie zależy mu już na tworzeniu nowych płyt.

Cynicznie można stwierdzić, że trudno mu się dziwić. The Sisters Of Mercy wciąż gromadzi tłumy na swoich występach, czego dowiodły wyprzedany występ w warszawskim Progresja Music Zone oraz dzień wcześniejszy w B90 w Gdańsku. Czy są nowe nagrania, czy ich nie ma, fani i tak przyjdą koncert. Siostry nie bez kozery można oskarżyć o odcinanie kuponów, ale one same niewiele robią, by tym oskarżeniom zaprzeczyć.

Od grupy o czterdziestoletnim doświadczeniu scenicznym (łysina lidera to wymowne świadectwo, że czasy „This Corrosion” i „Lucretia my Reflection” to już bardzo odległa przeszłość) można oczekiwać przynajmniej znakomitego show. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy w jej wykonaniu rutynową fuchę. Nie inaczej było 15 września 2017 w Warszawie.

Andrew Eldritch nie jest bynajmniej zwierzęciem scenicznym. W Progresji ubrany w elegancką marynarkę, spokojnie snuł się po scenie, skąpany w chmurach dymu i kolorowych smugach światła. Nie tyle śpiewał, co mruczał do mikrofonu swoim charakterystycznym, niskim głosem, który w dużej mierze decyduje o gotyckim klimacie muzyki Sisters. Szkoda tylko, że momentami nawet tego mruczenia właściwie nie było słychać.

Śpiew Andy’ego, delikatnie mówiąc, nie porywał. Porównując go do rówieśników, na czele z będącymi w świetnej formie wokalnej Morrisseyem i Robertem Smithem, można dojść do smutnych konstatacji. Lider Sisters sprawia wrażenie, jakby śpiewanie już dawno stało się dla niego wyłącznie przykrą koniecznością. Przynajmniej nie zatracił swojego poczucia humoru – w pewnym momencie rzucił: „Wstańcie, jeśli mnie kochacie”. A przecież w Progresji zdecydowana większość miejsc to miejsca stojące.

Znacznie więcej energii generowali na scenie dwaj gitarzyści Sisters, dużo młodsi od frontmana Chris Catalyst i Ben Christo. Szczególnie ten drugi, bardziej niż na gota wyglądający na wielbiciela rockabilly, jest urodzonym showmanem. I potrafi nieźle zaśpiewać, choć czasem miało się wrażenie, że chórki w piosenkach w rzeczywistości pochodzą z taśmy… Tak czy siak, podziwianie scenicznych popisów Bena było znacznie ciekawsze, niż oglądanie apatycznego Eldritcha. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że na scenie był jeszcze czwarty członek zespołu – niejaki Ravey Davey. Ubrany w plażową koszulę, obsługiwał dwa laptopy, które dziś pełnią funkcję legendarnego automatu perkusyjnego o imieniu Doktor Avalanche. Nawet The Sisters Of Mercy poszli z duchem czasu.

Jeśli do czegoś na tym koncercie nie można było mieć żadnych zastrzeżeń, to dobór repertuaru. Dyskografia The Sisters Of Mercy jest tak skromna objętościowo, że siłą rzeczy ich koncert przeradza się w „greatest hits na żywo”. Usłyszeliśmy każdy wielki przebój zespołu – może brakowało tylko „Under The Gun” z beściaka „A Slight Case Of Overbombing”. Ciekawostką były trzy autorskie numery, których zespół nigdy nie nagrał w studiu, a które od lat goszczą w koncertowej setliście - „Crash And Burn”, „Arms” i „Summer”. Siostry sięgnęły też po dwa cudzesy - „Rumble” rockabilly’owego artysty Linka Wraya, który był instrumentalnym popisem gitarzystów, oraz „That's When I Reach For My Revolver” postpunkowego Mission Of Burma.

Fani – w przeważającej części ubrani na czarno i zapewne pamiętający czasy największych sukcesów Eldritcha i spółki – najżywiej reagowali oczywiście na przeboje. Co ciekawe, wyjątkowo ciepło przyjmowane były utwory z debiutu The Sisters Of Mercy, z „Walk Away” i tytułowym „First And Last And Always” na czele. Ale prawdziwa euforia zapanowała podczas bisów, gdy zespół zaserwował, - może z wyjątkiem coveru Mission Of Burma - to, co ma w repertuarze najlepszego. Zabrzmiały słynne „Temple Of Love”, „Lucretia My Reflection”, „Vision Thing” i „This Corrosion”. Ten ostatni numer naturalnie zachęcił widzów do chóralnego śpiewania refrenu.

Czy to był dobry występ? Cóż, odpowiem tak – jeśli ktoś przyszedł wysłuchać ponadczasowych gotyckich hiciorów, przy których wychowało się już kilka pokoleń mrocznych osobników w czerni i zobaczyć gościa, który naprawdę zmienił oblicze muzyki rockowej, to pewnie nie wyszedł z koncertu zawiedziony. Czy ja już wspominałem, że The Sisters Of Mercy to naprawdę dziwny zespół?

Maciej Koprowicz
Tagi: #Aleksandra Degórska #Galeria #Koncerty #The Sisters Of Mercy