IRON MAIDEN sami o sobie
BRUCE DICKINSON oczami Nicko McBraina
Wydaje mi się, że z Brucem spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas jego prób z Samsonem w Kilburn, a więc musiał to być rok 1979. Pamiętam, że grałem sobie wtedy w bilard, a Bruce wypadł z wielkim hukiem ze studia. Był bardzo poruszony. Pomyślałem sobie, że to jakiś wariat. Jego osobowość wyprzedzała go na kilometr. Jednak kiedy go bliżej poznałem, zrozumiałem, że to po prostu silny charakter. Kiedy zaczynałem grać z Maiden, Bruce był strasznym ekstrawertykiem, ale jednocześnie był bardzo zamknięty w sobie. Kiedy przyjdzie mu do głowy jakiś pomysł, nie uda mu się go w żaden sposób wyperswadować. Strasznie się do niego zapala. Z drugiej jednak strony zdarza mu się tak intensywnie nad czymś myśleć, że wydaje się, jakby był w jakimś innym świecie. Jego umysł zawsze mnie zadziwiał. Bruce jest prawdziwym geniuszem. Jest też totalnym wariatem, ale przecież to cecha charakterystyczna chyba każdego geniusza. A w środku bije serce ze złota!
Na początku dało nam się we znaki jego ego. Bruce był frontmanem, a przecież nie można być silnym, zdecydowanym liderem takiej grupy będąc mięczakiem. Na zewnątrz mało co było go w stanie poruszyć, ale wiem, że w głębi duszy jest to bardzo wrażliwy człowiek. Potrafiliśmy się razem świetnie zabawić, ale jednocześnie Bruce zachowywał się często jak prawdziwy samotnik i zajmował się swoimi sprawami.
Weźmy na przykład tę jego szermierkę. Strasznie go za to podziwiałem. Bruce jest teraz w świetnej formie, chociaż nie trenuje nawet w połowie tyle, co kiedyś. Był na tyle dobrym szermierzem, że zaproponowano mu nawet miejsce w drużynie olimpijskiej w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. On jednak odmówił: musiał jechać z zespołem w trasę.
Kolejna sprawa to książki. Był naprawdę nieznośny kiedy pisał te swoje historie o Iffy’m Boatrace. Robisz sobie coś tam w autobusie, a on właśnie skończył nowy rozdział i musi ci go koniecznie przeczytać. Ale jest tym tak podekscytowany, że sprowadzanie go na ziemię byłoby naprawdę nieludzkie.
Kiedy zdecydował się odejść z zespołu, byłem na niego wściekły. Po pierwsze dlatego, że stało się to w taki, a nie inny sposób. Po drugie dlatego, że w ogóle nie chciałem, żeby odchodził. Ale kiedy zebraliśmy się teraz do wspólnego zdjęcia wydawało mi się, że wszyscy byliśmy przez kilka miesięcy na wakacjach. A przecież w rzeczywistości nie widzieliśmy się ponad cztery lata, w przypadku Adriana – prawie dziesięć. Kiedy tworzy się z kimś wspólnie muzykę, powstaje więź nie tylko między tobą a muzyką, ale również między tobą i innymi członkami zespołu. Z Brucem zawsze nadawaliśmy na tych samych falach. To niezwykłe porozumienie między nami nadal istnieje i chociaż ostatnie cztery lata z Blazem były naprawdę świetne, to jednak mam wrażenie, że wraz z powrotem Bruce’a i Adriana wszystko wróciło na swoje miejsce.
Bruce zmienił się od czasu, kiedy opuścił zespół. Jest znowu pełen entuzjazmu dla grupy, entuzjazmu, który miał w sobie, kiedy wstępowałem do Maiden. Poza tym czuję, że jest ze mną bardzo szczery. Wydaje się bardziej poukładany i zadowolony z życia, chociaż robi teraz znaczniej więcej niż przed odejściem z zespołu. Prowadzi własny program radiowy, zajmuje się lataniem, śpiewa w innym zespole „na pół etatu”. Obcowanie z nim to prawdziwa przyjemność. Przeżyliśmy razem wiele wspaniałych chwil podczas trasy ‘Give Me Ed’ i podobnie będzie w przypadku koncertów z ‘Dance Of Death’.
Najwspanialszym momentem na ‘Dance Of Death’ jest według mnie ‘Journeyman’: tutaj objawia się nieco lżejsza strona wokalu Bruce’a. W porównaniu z innymi utworami, dochodzą tu do głosu znacznie subtelniejsze emocje, słychać tu znacznie większą kontrolę nad własnym głosem. Emocje, które Bruce włożył w ten utwór są naprawdę fenomenalne.
STEVE HARRIS oczami Janicka Gersa
Zostałem przedstawiony Steve’owi i Bruce’owi podczas koncertu Gillan w Hammersmith Odeon gdzieś w latach osiemdziesiątych. Facet bardzo mi się wtedy spodobał. Spotkałem go później jeszcze parę razy podczas koncertów Maiden. Zawsze wydawał mi się bardzo poważny, zasadniczy i świadomy tego, co się dzieje.
Jako człowiek Steve należy do tej niewielkiej grupy ludzi, którym można całkowicie zaufać. Nigdy nikogo nie sprzeda, nie obgaduje nikogo za plecami; to bardzo szczery koleś. Można mu się zwierzyć praktycznie ze wszystkiego i wiadomo, że nikt inny się o tym nie dowie. I nigdy nie wciska kitu. Ma dystans, stara się zrozumieć argumenty drugiej strony, jednak kiedy jest przekonany o swoich racjach będzie o nie walczył do upadłego i za nic nie zmieni zdania, co według mnie jest jego wielką siłą. Jest bardzo tolerancyjny.
Zdarzały się nam sytuacje, w których inne zespoły dawno by się rozpadły, ale Iron Maiden przetrwało właśnie dzięki Steve’owi i jego przekonaniu, że to co robi jest słuszne. Kiedy jest się w zespole, który dopiero zaczyna i twoja wytwórnia nakazuje wam złagodzić nieco brzmienie, bo jest potrzebny jakiś singiel, wtedy przydaje się ktoś taki jak Steve, który wyśle rzeczoną wytwórnię do diabła.
Steve ma bardzo bujną wyobraźnię i bardzo prosty sposób pisania tekstów. Bez zbędnego intelektualizowania. Sięga znacznie głębiej. Pisze z własnej perspektywy i naprawdę czuć, że słowa pochodzą gdzieś z jego wnętrza. Kiedy słucham piosenki ‘Blood Brothers’ zawsze przechodzą mnie ciarki: Steve utrafił tu w samo sedno. Kiedy byliśmy w trasie zmarł jego ojciec. Często, gdy komuś przytrafia się coś takiego, ludzie zaczynają zastanawiać się głębiej nad życiem. Jednak przelanie towarzyszących temu uczuć na papier to zupełnie co innego. Kiedy czyta się tekst tej piosenki, widać w nim niezwykłą szczerość. Steve zdaje się być bardziej otwarty kiedy pisze, niż kiedy się z nim rozmawia.
Jest świetnym piłkarzem. Jako dziecko miał do wyboru albo zająć się zawodowo piłką nożną, albo muzyką. Myślę, że podjął słuszną decyzję. Wydaje mi się, że nie byłby w stanie znieść dyscypliny jaka wiąże się z życiem nastoletniego piłkarza, który zaczyna się poznawać nowych ludzi i zaczyna interesować się muzyką. Steve nie daje się rozstawiać po kątach. Warto tutaj dodać, że mało pije i bardzo o siebie dba. Jest to dla niego niezwykle ważne. Jako sportowiec żyje zgodnie z zasadą “w zdrowym ciele zdrowy duch”. Myślę że to bardzo pomaga nam jako zespołowi, ponieważ udaje nam się nie wpadać w ten rock’n’rollowy wir nieustannego imprezowania.
Jako basista jest prawdziwym indywidualistą. Sam nauczył się grać na basie w taki sposób, że nikt nie jest w stanie tego skopiować. Niektórzy mówią, że zrobił z basu gitarę prowadzącą, ale to nieprawda. Bas tworzy bazę dla całego zespołu i jest rzeczywiście bardzo dynamiczny, ale tak naprawdę chodzi tu o jego brzmienie, chodzi o sposób, w jaki Steve słyszy pewne rzeczy, a to z kolei przekłada się na brzmienie, które nie do końca kojarzone jest z gitarą basową, a bardziej przypomina jakąś gitarę rytmiczną. Steve i Nicko są pulsem Iron Maiden, są fundamentem zespołu. Każde naśladownictwo dokonywane jest na własne ryzyko, ponieważ wyjątkowe brzmienie Iron Maiden opiera się właśnie na Stevie i jego sposobie gry na basie, a jedyny zespół, w którym coś takiego może się udać to Maiden.
Steve był bardzo zaangażowany w pracę nad nową płytą. Całą swoją uwagę skupia na nagraniach i na wszystkim co dzieje się w zespole. Potrafi całkowicie poświęcić się dopracowywaniu najdrobniejszych szczegółów. Naprawdę zależy mu, aby wszystko brzmiało jak należy i nie szczędzi na to własnego czasu. Niewielu ludzi potrafi wykazać się takim zdecydowaniem i skupieniem.
Steve ma niezwykle silną osobowość. Bez jego energii i ambicji Iron Maiden wyglądało by na pewno zupełnie inaczej. On jest sercem i siłą napędową zespołu.
DAVE MURRAY oczami Adriana Smitha
Dorastaliśmy z Davem w tej samej dzielnicy Londynu i wydaje mi się, że poznaliśmy się w lokalnym klubie młodzieżowym, przez naszego wspólnego znajomego, Dave’a McLaughlina. Wiedziałem, że Dave McLaughlin potrafił już grać na gitarze i powiedziałem mu, że jestem wokalistą. Było to oczywiste kłamstwo, ale myślałem, że dzięki temu wkręcę się do jego ekipy. Później to chyba Dave Mac przedstawił mnie Dave’owi Murray’owi i zaczęliśmy wspólnie grać. Oni grali na gitarze, a ja śpiewałem.
Kiedy go poznałem, miał fioła na punkcie Hendrix’a, uwielbiał Robina Trowera i Santanę. Wydaje mi się, że teraz woli klimaty bardziej bluesowe. W tamtych czasach miał dwie gitary i był super profesjonalistą! Jego zapasowa gitara z Woolworthsa nie bardzo działała, więc odkupiłem ją od niego za pięć funtów. Mój ojciec ją naprawił i to był mój pierwszy w życiu instrument. Można się tylko domyślać, jaki był wspaniały!
Dave Mac odszedł z zespołu i zajął się czymś zupełnie innym, a ja grałem z Davem Murray’em przez kolejnych kilka lat, do czasu, kiedy postanowił nieco poszerzyć swoje horyzonty i ostatecznie przyłączył się do Iron Maiden. Ja dalej grałem z naszym starym zespołem, który przyjął nazwę Urchin. Dave dołączył do nas jeszcze na chwilę po tym, jak pokłócił się z wokalistą tamtego zespołu, ale później wrócił do Maiden. Zanim Iron Maiden nagrało swój pierwszy album, zaproponowano mi przejście do zespołu. Ale w tamtym czasie mojej własnej grupie szło całkiem nieźle, dlatego odrzuciłem tę propozycję. Poproszono mnie o to ponownie w 1980 roku. Wydaje mi się, że to właśnie Dave zadzwonił i powiedział, że według niego naprawdę powinienem się na to zdecydować. I tak też właśnie zrobiłem.
Dave jest bardzo luźnym, cichym facetem. Zdarza mu się czasem wybuchnąć, ale generalnie płynie z prądem. W zespole potrzebna jest mieszanka osobowości, nie może być sześciu Bruce’ów albo sześciu Steve’ów. Właśnie na różnorodności opiera się cała chemia. Tak naprawdę uważam, że ja i Dave jesteśmy do siebie bardzo podobni. Obaj jesteśmy dosyć spokojni i zawsze świetnie się dogadywaliśmy.
Kolejną wielką zaletą Dave’a jest to, że nigdy nie przestaje się uśmiechać. Posiada pozytywną energię, a coś takiego przydaje się w każdym zespole.
Jako muzyk jest bardzo konsekwentny, dlatego dosyć trudno jest mi powiedzieć, w którym utworze na ‘Dance Of Death’ zagrał najlepiej. Jedną z moich ulubionych piosenek jest ‘Rainmaker’. Została ona napisana wspólnie przez Dave’a i Steve’a. Chyba ją należy uznać za jego najlepszy występ na tej płycie.
Dave jest bardzo dobrym gitarzystą. Nie jest to koleś, który zrobi wszystko, żeby kogoś zagiąć. W Iron Maiden jest wystarczająco duże pole do popisu dla wszystkich trzech gitarzystów. Kiedy myślę o Davie do głowy przychodzi mi zdanie "Let the music do the talking" (niech przemówi muzyka). Dave potrafi doskonale wyrażać się przez swoją gitarę.
Posiada swój własny styl i wyjątkowe brzmienie. Jest to marzenie każdego gitarzysty, a on to po prostu ma. Miał to od zawsze, nawet kiedy dopiero zaczynał grać. Moglibyśmy podłączyć się do tego samego wzmacniacza, a on by i tak brzmiał po swojemu. Kiedy słyszysz jak gra Dave wiesz od razu, że to Iron Maiden.
JANICK GERS oczami Dave’a Murray’a
Zanim poznałem Janicka, miałem okazję obejrzeć go na scenie, kiedy grał z Gillan na Wembley Arena. Ujrzałem tam żywiołowego showmana, który jednocześnie grał na gitarze i szalał po całej scenie. To było naprawdę coś niezwykłego. Później to on zjawił się na kilku naszych koncertach. Poznaliśmy się za kulisami, po jednym z naszych występów, w barze. Praktycznie od razu się skumplowaliśmy. To naprawdę bardzo fajny koleś.
Kiedy w 1990 roku Adrian odszedł z zespołu, Janick właśnie skończył pracę nad solową płytą Bruce’a (‘Tattooed Millionaire’), nic więc dziwnego, że kiedy szukaliśmy nowego gitarzysty, wybór padł właśnie na niego. Pamiętam, że na początku Janick bardzo bronił Adriana. Był mocno poruszony jego odejściem i wydaje mi się, że próbował namówić go do powrotu, co świadczy o tym, że jest naprawdę świetnym facetem.
Kiedy przyszedł na próbę, ustawiliśmy sprzęt naprzeciw siebie, co wyglądało trochę jak pojedynek w westernie, z tą różnicą, że chyba obaj chcieliśmy być Clintem Eastwoodem! Zagraliśmy ‘The Trooper’. Od razu, bez żadnych cichych prób. Po prostu: wszyscy razem, na trzy-cztery. I natychmiast w całej sali zaczęło iskrzyć. Nie było żadnych wątpliwości, że nasza współpraca się uda. Świetnie się z nim gra, a jego przybycie okazało się dla zespołu zasłużonym kopniakiem.
Janick to bardzo szczery facet, sól ziemi, bardzo inteligentny, z dużym poczuciem humoru. Bardzo towarzyski. Uwielbia się dobrze bawić, zwłaszcza podczas trasy koncertowej. Potrafi iść na 30-kilometrowy spacer tylko po to, żeby podczas drogi powrotnej zajść do każdego napotkanego baru.
To dobry człowiek. Potrafi zaprowadzić porządek, kiedy wszystko zdaje się nagle wymykać spod kontroli. Jest w stanie opanować każdą sytuację i sprawić, że inni zaczynają postrzegać sprawy w odpowiednim świetle. Świetnie się w tym sprawdza, jest prawdziwym dyplomatą.
Kiedy gra na gitarze, daje z siebie wszystko, zawsze bardzo się angażuje. Ma to dwie strony. Podczas gry jest w stanie doskonale się kontrolować, ale jednocześnie potrafi być bardzo spontaniczny, bo przecież gra też bardzo dużo melodyjnych kawałków. Ma świetne wyczucie, jest bardzo sprawny technicznie, ma płynny styl. Jest dojrzałym gitarzystą, który świetnie potrafi lawirować między skrajnościami. Jest w stanie ogarnąć wszystkie aspekty gitary, od czystych cichych brzmień akustycznych po prawdziwy rockowy odlot. Wachlarz jego możliwości ma 360 stopni. A do tego jest nie lada showmanem.
Janick napisał utwór ‘Dance Of Death’. Jest tu wszystko, od cichej nastrojowej gitary po naprawdę ciężkie riffy. Wszystko to jest bardzo złożone, piękne, słodkie i zarazem ciężkie, zrobione z wyczuciem i gustem. Jeżeli porównać tę piosenkę do alfabetu, to są w niej wszystkie litery, od A do Z.
ADRIAN SMITH oczami Bruce’a Dickinsona
Adriana poznałem, kiedy przyłączył się do Iron Maiden, a ja byłem w grupie Samson. Nagrywał w studio po drugiej stronie ulicy. Ja kończyłem pracę na drugą płytą Samsona, on nagrywał ‘Killers’. Był nowy w zespole, ale bardzo zaimponował mi jego styl grania. A do tego był prawdziwym rock’n’rollowcem. Wyglądał jak sierota: blady jak ściana, sama skóra i kości. Wyglądał naprawdę fachowo!
To bardzo łagodny człowiek z dużym poczuciem humoru. Poza tym lubi się nad wszystkim dobrze zastanowić, co zasadniczo nie jest wielką wadą. Kiedy w przeszłości robiliśmy razem próby dźwięku, zawsze musieliśmy na niego czekać. Jeżeli chodzi o dźwięk, jest strasznym perfekcjonistą.
W świecie pełnym bezimiennych gitarzystów, którzy w szkole uczą się grać na gitarze i w rezultacie trudno ich potem od siebie odróżnić, Adrian zdołał wypracować własny, wyjątkowy styl i brzmienie. Nikt nie brzmi tak jak on. To naprawdę bezcenne. Jego gra wydaje się leniwa, nuty prawie że się zlewają, ale tak naprawdę, wsłuchujesz się uważnie w każdy dźwięk, bo nie bardzo wiesz dokąd to wszystko zmierza.
Jest doskonałym sportowcem. Ma wrodzony talent do tenisa, do piłki nożnej, tak samo zresztą jak do gry na gitarze. Kiedy gra w nogę i dostaje piłkę, wydaje ci się, że nigdy nie uda mu się nikogo ograć, ale po chwilowym zamieszaniu na boisku widzisz, że bez problemu wykiwał obrońcę. Tak samo jest kiedy Adrian gra na gitarze. Przysięgam, że rytm jest ten sam!
Kiedy w 1990 roku odszedł z zespołu wszyscy byliśmy zaskoczeni jak bardzo nam go brakuje i wydaje mi się, że nikt do końca nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo będą za nim tęsknić fani. Gdyby nie zdecydował się wrócić do zespołu, ja też nie wziąłbym udziału w reaktywacji Iron Maiden. Myślę, że bez niego zespół byłby niepełny. A teraz – proszę! Mamy trzech gitarzystów. To naprawdę coś.
Myślę, że na najnowszej płycie znalazła się najlepsza piosenka jaką Adrian kiedykolwiek napisał. Nosi ona tytuł ‘Paschendale’. Kiedy pisaliśmy wspólnie materiał na płytę zauważyłem, że miał rozłożone wokół książki Siegfrieda Sassoona i inne pozycje wojenne. Zbierał informacje do naszego kawałka. Uważam, że jest to świetny utwór, który doskonale oddaje okrucieństwo wojny. Trwa całe dziesięć minut. Kawał dobrej muzyki.
Wydaje mi się, że Adrian zdradził mi swoją życiową filozofię podczas jakieś pijackiej nocy. Odwrócił się do mnie i powiedział: "Za mną to jest tak: jedyne co mnie w życiu interesuje, to żeby sobie trochę pograć i pośpiewać". To właśnie leży u podstaw wszystkiego, co robi Adrian. Do szczęścia wystarczy mu kiedy się napije, pośpiewa i pogra na gitarze. I chociaż brzmi to bardzo prosto, Adrian jest w tym wszystkim niepokojąco dobry.
NICKO McBRAIN oczami Steve’a Harrisa
Pierwsze spotkanie z osobą taką jak Nicko pamięta się przez całe życie. Graliśmy swój pierwszy w karierze zagraniczny koncert w Belgii. Kiedy ujrzałem Nicka po raz pierwszy, występował w zespole McKitty. Siedział przed jakąś kawiarnią, ubrany w biały garnitur, kapelusz panama i buty ze szpicem. Sądząc po stroju, wyglądał mi na alfonsa. Zawsze potrafił zrobić piorunujące wrażenie. Wtedy najwyraźniej wypił parę drinków i strasznie perorował. Pomyślałem, że to jakiś niezły typek. Znajomość z nim to naprawdę niezwykłe doświadczenie. Jest jak żywioł. Myślę że przez te wszystkie lata trochę się uspokoił, ale tylko trochę. Zresztą, chyba nikt nie chciałby, żeby uspokoił się na dobre.
Nicko był w grupie Trust, która supportowała nas podczas koncertów w 1982 roku. Stwierdziliśmy, że jest świetnym perkusistą, dlatego kiedy z zespołu odszedł Clive, zaproponowaliśmy jego miejsce Nickowi. Spróbował i wypadło to naprawdę doskonale.
Trudno opisać Nicka komuś, kto go nie zna. Wiem, że wielu ludzi, którzy widzieli go np. na teledyskach uważa go za totalnego wariata. I rzeczywiście, Nicko jest wariatem. Pilotuje samoloty i zajmuje się mnóstwem innych rzeczy. Jest to postać znacznie bardziej złożona niż mogłoby się komuś wydawać. Obcowanie z nim to niezła jazda. Ja sam jestem raczej nieśmiały, więc kiedy idziemy poznawać jakiś nowych ludzi, zazwyczaj biorę go ze sobą, ponieważ jest naprawdę strasznie zabawny i wygadany, dlatego uwalnia mnie od presji. Ja tylko stoję gdzieś z tyłu i się uśmiecham.
Niewątpliwie dostarcza prawdziwej rozrywki całemu zespołowi. Według mnie, gdyby tylko chciał, mógłby równie dobrze występować na scenie jako komik czy satyryk. Namiastką takich występów są jego warsztaty perkusyjne, podczas których opowiada te swoje historyjki i dowcipy. Często warsztaty te odbywają się we Włoszech albo Hiszpanii i jestem pewien, że przez większość czasu publiczność nie bardzo go rozumie. Ale on i tak śmieje się z własnych dowcipów, więc ludzie śmieją się razem z nim. To naprawdę nie lada widok, dlatego polecam te warsztaty każdemu, nie tylko fanom perkusji.
Nicko jest bardzo dobry technicznie i potrafi grać każdą muzykę. Perkusiści z innych grup siadają często za nim, żeby popatrzeć, co robi, a on ma ustawioną perkusję i przez większość czasu nawet nie patrzy, gdzie uderza. Po prostu się pochyla i gra.
Na płycie ‘Dance Of Death’ Nicko po raz pierwszy występuje jako autor. Najwyższa pora. Jest przecież w zespole dopiero 20 lat! Ale pierwszy raz jest chyba zawsze najtrudniejszy, zwłaszcza jeśli jest się w zespole tak długo. Jego utwór ‘New Frontier’ jest naprawdę obiecujący, więc myślę, że to zachęci go do pisania w przyszłości. Różnorodność w twórczości jest wielce pożądana i w tym zespole każdy ma prawo być autorem. Jedyny warunek: to, co pisze musi być naprawdę dobre!
(źródło: emimusic.pl)