30.04.2015 14:44

Blur - The Magic Whip

Blur znowu w oryginalnym składzie! Jak wypada na nowym albumie?

Blur - The Magic Whip
foto: kadr z wideo

Reaktywacje zespołów z półki na której znajduje się Blur rodzą wiele pytań. Jak poradzą sobie po długiej przerwie? Czy w oryginalnym składzie będą w stanie ze sobą współpracować jak za dawnych lat? W końcu – jaką ścieżkę obiorą po tylu latach od wydania ostatniej płyty? Czy będzie to kontynuacja, czy powrót do korzeni, a może coś zupełnie nowego?

Powrót do zespołu Grahama Coxona, który przecież był głównym inicjatorem przemiany, jaką przeszedł Blur pod koniec lat 90. mógł sprawić, że Blur zacznie brzmieć jak dawniej. Z drugiej strony wpływ Damona Albarna na brzmienie ostatniej jak do tej pory płyty londyńczyków „Think Tank” był niebagatelny. Album ten można by nazwać spokojnie „proto – Gorillaz”, gdyby nie fakt, że debiut solowego projektu Albarna miał miejsce wcześniej. Dodać do tego trzeba ambicje obu liderów, widoczne zawsze, ale teraz szczególnie mocno – mamy przecież do czynienia z facetami, którzy mają pokaźną twórczość solową.

Odkrywając karty już na wstępie trzeba napisać, że chłopakom udało się znaleźć nić porozumienia i dawny luz, co skutkuje udanym albumem. Muzyka napisana na „The Magic Whip” zawiera pokaźną ilość pomysłów, które przeleżały zapewne swoje, aby móc pojawić się na płycie „tego właściwego zespołu”. „The Magic Whip” ciężko pewnie nazwać płytą epokową, ma ona swoje słabsze punkty, ale w żadnym kawałku Anglicy nie zrobili sobie wstydu.

To co zwraca szczególnie uwagę, to silne zakorzenienie w muzyce lat 80. Nic w tym pewnie odkrywczego, przecież taki znany kawałek jak „Girls & Boys” ma w sobie wiele z ducha tamtych lat. Ale na „The Magic Whip” znajdziemy co najmniej kilka utworów, których korzeni właśnie wtedy należy szukać, a to już pewne novum. Zwłaszcza trójca: „I Broadcast”, „My Terracota Heart” i „There Are Too Many Of Us”. Pierwszy zwraca uwagę typową zagrywką gitarową, „kosmicznymi” klawiszami i dęciakami. Kawałek ma swój urok, ponadto jest wesoły, co po nieco smutnym poprzedniku jeszcze wzmacnia efekt. W „My Terracota Heart” słychać inspiracje zarówno stylem new romantic (naprawdę tak jest, nie bijcie), ale również takimi artystami jak George Michael czy Lionel Ritchie. Oczywiście w nieco bardziej zadziornych wersjach. Gitar tu jak na lekarstwo, rządzi rytm i elektronika. Dopiero w refrenie słychać nuty wygrywane na gitarze klasycznej. „My Terracota Heart” spełnia wszystkie warunki aby być dobrą balladą. Śpiew Damona chwyta za serce jak należy, a klimat stworzony przez zespół też daje radę. „There Are Too Many Of Us”, który należy do moich faworytów na płycie, nieodparcie kojarzy mi się z albumem „Miracle” Queen, choć jak wiadomo, Damon Albarn to nie Freddy Mercury. Ale podobne są aranżacje, klimat, nawet brzmienie. Kawałek oparty na marszowym rytmie perkusji i powtarzającym się motywie klawiszowym, z przejmującym przepuszczonym przez efekty wokalem Damona. W dalszej części całości dopełnia gitara i kolejne syntetyczne elementy, a klawiszowe solo przypomina najlepsze momenty lat 80.!

Rozpisałem się o odniesieniach, a przecież to nie jest płyta w całości retro. Całość rozpoczyna „Lonesome Street” to coś pomiędzy Blur z „13” a Gorillaz. Znajdziemy tu fajny motoryczny riff pchający utwór do przodu i minimalistyczną elektronikę. „New World Towers” dryfuje w kierunku solowej twórczości Albarna, czyli „Everyday Robots” z zeszłego roku, ale gitara przypomina mi Genesis – przez lekko progresywny klimat. Podobnie jest w „Ice Cream Man” gdzie motyw przewodni to samplowany beat, jednostajna partia perkusji i gitary. Mimo pozornej monotonii kawałek ten robi wrażenie. Trochę ostrzejszy jest „Go Out” zachęcający kilkoma sprzężeniami i przesterem gitary, kończy się jednak na podobieństwach do The Clash. Nieco słabiej oceniam „I Thought I Was A Spaceman”. Hipnotyczny, „plemienny” rytm, ale niestety niewiele się w nim (poza końcówką) dzieje, jeśli doczekacie do finału usłyszycie mieszaninę pompatycznej elektroniki i gitar w stylu Arcade Fire.

Słuchając nowego Blur miałem wrażenie, że kompozytorsko więcej do powiedzenia miał na niej Damon Albarn niż Graham Coxon. Na szczęście daleki jestem od wniosku, że to kolejna solowa płyta DA, tyle że pod innym szyldem. Sporo tu pomysłów, większość trafionych. A że gitar mniej niż w złotych czasach brit popu? Odpowiem pytaniem na pytanie: czy ktoś liczył, że będzie inaczej? „The Magic Whip” to kawał porządnej muzyki – ciekawej i bogatej w dźwięki.

Ocena: 4/5

Dominik Zawadzki
Tagi: #Blur #Recenzje