08.03.2017 10:17

Depeche Mode - Spirit [RECENZJA]

Najnowszy studyjny krążek powstał pod czujnym uchem producenta Jamesa Forda. Czy warto sięgać po ten album? Jeżeli szukacie mocnych syntezatorowych brzmień to ta płyta jest dla Was. Jeśli jednak tęsknicie za Alanem Wilderem i chcecie posłuchać „Violator 2” to będziecie rozczarowani.

Depeche Mode - Spirit [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Zespól po 4 latach od ukazania się „Delta Machine” wydał 14. płytę i jak można było się tego spodziewać krążkowi bliżej do wcześniejszego albumu niż do ulubionych przez fanów płyt z lat 80. i początku lat 90. powstałych jeszcze za czasów panowania Alana Wildera. „Spirit” trzeba słuchać głośno, żeby wsłuchać się we wszystkie elektroniczne smaczki, jak również poczuć głębię głosu Dave’a Gahana, który pomimo upływu lat wokalnie nie ma sobie równych.

Jest to mroczna i intymna płyta, której dobrze słucha się nocą w samotności. Nie jest to też najłatwiejszy materiał i raczej nie ma radiowego potencjału. Jest to natomiast bardzo spójne studyjne dzieło, które w porównaniu do poprzedniego krążka „Delta Machine” jest bogatsze pod względem syntezatorowych dźwięków.

Płyta rozpoczyna się od „Going Backwards”, który wita nas gitarowym rozmytym intro. Numer powolutku wciąga i jest to znany zabieg Depeche Mode, który często rozpoczynał swoje płyty od nastrojowych i intrygujących kompozycji, które zapraszały do mrocznego świata muzyków.

Pierwszy kawałek jest mocnym rozpoczęciem płyty, przy czym linia melodyczna Dave’a Gahana nasuwa od razu skojarzenie z „In Chains” z płyty Sounds of the Universe. Jedyną wadą tego numeru jest jego długość – 6 minut to za dużo szczególnie, że w utworze zbyt wiele się nie dzieje i słuchacz nudzi się w pewnym momencie, gdy kolejny raz słyszy tę samą frazę muzyczną.

Kolejny utwór „Where’s the revolution” stał się pierwszym singlem promującym płytę. Choć numer zaczyna się niepozornie to prawdziwa „petarda” zaczyna się dopiero w momencie refrenu. Do singla powstał industrialny teledysk stworzony przez Antona Corbijna. Holender zasłynął z ciekawych klipów Depeszy, ale tym razem klip nie wyróżnia się niczym szczególnym, podobnie zresztą jak okładka płyty, za którą jest odpowiedzialny.

Po rewolucji mamy chwilę wytchnienia w postaci „The Worst Crime”, który jest balladą, gdzie Gahan popisuje się przyjemnym niskim śpiewem.

Spokój jednak nie trwa długo, bowiem podczas „Scum” zaczyna się muzyczny chaos – wielość syntezatorowych dźwięków ciekawie współbrzmi z przesterowanym wokalem. W końcu jednak nadchodzi czas na zdecydowanie bardziej taneczny kawałek – „You Move” momentami przypomina wręcz r&b. Syntezatorowy „piszczący” motyw wierci dziurę w głowie, zaś nogi same zaczynają chodzić. Depeche Mode umiejętnie żongluje nastrojami i kolejny „Cover Me” to znowu powolna kompozycja.

Na płycie oczywiście nie zabrakło wokalu Martina Gore’a, który pojawia się dwukrotnie na tym krążku – „Eternal” to przyjemny i delikatny przerywnik między mocniejszymi utworami.

Jednak dopiero od drugiej połowy płyta naprawdę się rozkręca. W „Poison Heart” na pierwszy plan wysuwa się metaliczne uderzenie i rozmyta gitara. „So Much Love” przypomina numer z „Delta Machine” – „Soft Touch”, który był dosyć opornym i monotonnym kawałkiem, jednak kompozycja na „So Much Love” jest o wiele ciekawsza. Podobną energetyką charakteryzuje się „Poorman”.

Miłą odskocznią od tych brzmień jest „No More (This Is The Last Time)” – dosyć seksowny i niegrzeczny, gdzie Gahan flirtuje śpiewając zawadiackim niskim wokalem. Krążek kończy się numerem „Fail”, gdzie za to czaruje delikatnym wibrującym głosem Martin Gore. Prowadzi on ciekawą romantyczną rozmowę z syntezatorami.

Depeche Mode nie obniża się poniżej pewnego poziomu – „Spirit” nie będzie kamieniem milowym w karierze zespołu, ale też słychać, że Brytyjczycy przyłożyli się do tej płyty.  „Zmechanizowane” aranżacje brzmią nowocześnie, Gahan jak zwykle udowodnił, że jest świetnym wokalistą. Słuchacz nie zauważa, gdy zaczyna tupać nogą, ale nie są to rytmy, które nadałyby się na piątkową szaloną imprezę.

Płycie można zarzucić, że nie jest przebojowa, ale Depesze mimo wszystko potrafią poruszyć i wywołać jakieś emocje w słuchaczu, co jest coraz rzadziej spotykaną umiejętnością. Wiedzą to wszyscy Ci, którzy choć raz wybrali się na koncert kapeli – to, co dzieje się podczas występów ciężko oddać słowami. Miejmy nadzieję, że Depeche Mode sprawdzi się na najbliższym koncercie w Warszawie 21 lipca 2017. Wielu fanów kupiło bilety jeszcze przed pojawieniem się pierwszego singla z nowej płyty co oznacza, że bezgranicznie ufa kapeli. Muzycy zapewne mają tego świadomość i miejmy nadzieję, że na koncercie pokażą się z jak najlepszej strony. 

Ocena: 3,5/5

Aleksandra Degórska
Tagi: #Depeche Mode #Recenzje