08.02.2016 16:49

Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia)

Grupa Mike'a Pattona, podobnie jak jej lider, pozostaje w dużym stopniu zagadką. Czy ta książka pomoże nam ją rozwikłać?

Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia)
foto: materiały prasowe

Autorem „Królów życia” (nie mylić z pewnym „gangsterskim” albumem) jest Maciej Krzywiński - na co dzień redaktor magazynu „Metal Hammer”. Kto zna jego artykuły, ten doskonale wie, czego się spodziewać. Luźny charakter jego opowieści utrzymuje ją w odpowiednim klimacie, a przede wszystkim: od razu widać, że mamy do czynienia z muzycznym pasjonatem, który pisze bardziej z potrzeby serca niż wymagań zlecenia.

Jego styl od pierwszych stron sprawia, że nie sposób się w biografię Faith No More nie wciągnąć. Dla Krzywińskiego to typowe, by zaraz po skatologicznym cytacie z tekstu utworu Apteki wykręcić się Bajmem albo anegdotą o Galileuszu. Początki rozdziałów tej książki w ogóle lubią wprowadzać czytelnika w lekką konsternację np. historycznymi wstawkami, które początkowo wydają się zupełnie niezwiązane z meritum. Po chwili jednak okazują się idealnie dopasowane do przedstawianej sytuacji.

Tak jest już z pierwszym rozdziałem, który rozpoczyna wywód o Ignacym Loyoli. Z pozoru absurdalna anegdota o założycielu zakonu jezuitów okazuje się jednak świetnym punktem wyjścia dla przedstawienia klimatu słonecznej Kalifornii, gdzie w 1979 roku narodziła się grupa Faith No More - a w zasadzie dopiero Faith. No Man.

Okazuje się, że początkowo zespół zmieniał wokalistów średnio po jednym koncercie. Mało kto dziś pamięta, że u źródeł kariery na czele kapeli stała nawet przez chwilę wokalistka i to nie byle jaka. Może ją kojarzycie, nazywa się Courtney Love. Z kolei najlepszym miejscem na próby nietypowego zespołu była... kadź na piwo.

Wielką zaletą „Królów życia” jest uważne prześwietlenie mniej znanych fragmentów biografii Faith No More - jak niedocenianego okresu pierwszych dwóch płyt, kiedy w grupie nie było jeszcze miejsca dla Mike'a Pattona. Wokalistą zespołu był wówczas Chuck Mosley, o którym pewnie nawet mało który fan zespołu miałby do powiedzenia więcej niż trzy zdania. Krzywiński nie tylko zbadał jego dalszą karierę, lecz także przybliżył jej smutny etap końcowy, w którym muzyk był zmuszony prosić swoich fanów o jałmużnę, by utrzymać własną rodzinę.

Z kolei w samym Faith No More po jego odejściu droga do sukcesu była już bardzo prosta. Pierwszy album z Pattonem, wydany w 1989 roku „The Real Thing”, okazał się od razu niesamowitym sukcesem komercyjnym, którego grupa nie zdołała już nigdy pobić. Gdzie pojawiają się wielkie pieniądze i nieskończone trasy koncertowe, tam zaraz jest mowa o narkotykowych ekscesach i alkoholowych eskapadach... Ale nie tym razem.

Mike Patton od samego początku był straight edge'owcem i trzymał się z daleka od wszelkich używek, nie miał nawet w zwyczaju przechwalać się swoimi seksualnymi podbojami. Przed dołączeniem do Faith No More nie był nawet nigdy w knajpie, a zamiast opowiadać o swoim życiu erotycznym wolał w wywiadach wychwalać masturbację. Brak używek nie znaczy jednak wcale, że nie będzie tu zabawnych historii, z których słyną rockowe biografie.

Trzeba się tylko przygotować na to, że będą one równie specyficzne, co Faith No More i jego ekscentryczny lider. Gdybyście mieli wątpliwości: potrafił np. opowiadać w trakcie koncertu, jak to poprzedniej nocy zerżnął własną matkę na oczach swojego ojca. Rodzice byli akurat obecni wśród publiczności. Na pytanie Matta Wallace'a, który był z nimi, o to, czy nie przeszkadza im takie zachowanie, producent usłyszał tylko: „Myślisz, że gdzie, ku*wa, nauczył się gadać w ten sposób?”.

Równolegle z historią kariery Faith No More prowadzona jest opowieść drugiego (a chronologicznie pierwszego) projektu Pattona, Mr. Bungle. Jedna z poświęconych mu historii jest jeszcze lepsza: grupa - oburzona tym, jak publiczność wcześniej przyjęła supportujący ją The Melvins - zagrała nieprzerwaną godzinę białego szumu. Na koniec lider wsadził sobie w tyłek coś na kształt wielkiego zakraplacza, po czym - wedle relacji Buzza Osborne'a - „strzelił z dupy na odległość dwóch metrów w publiczność”.

Takich numerów nie było na szczęście w trakcie pierwszego występu Faith No More w Polsce, który odbył się 11 czerwca 1993 roku w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. To szczególnie wartościowy fragment książki, w którym odnajdziemy nawet naoczną relację z okoliczności tego wydarzenia. Aż czuć w nim autentyczne emocje fanów, którzy na początku lat 90. byli nawet skłonni wierzyć, że supportem będzie Alice in Chains lub Pantera.

Dzięki „Królom życia” nieco łatwiej zrozumieć, czemu płyty Faith No More są takie... dziwne, ale i czemu w grupie dochodziło do przetasowań personalnych, a ostatecznie rozpadu. Krzywiński poświęcił ten czas na opisanie niezliczonych projektów pobocznych wszystkich muzyków, ale kontynuuje historię aż do wydanego w 2015 roku „Sol Invictus”. Potem aż się chce sięgnąć od razu po drugi tom (nawet jeśli już prawdopodobnie nigdy nie starczy na niego materiału).

Biorąc pod uwagę jak wiele niesamowitych momentów ma historia kalifornijskiego zespołu, aż trudno pojąć, że jego biografia pozostaje w tak dużym stopniu nieznana dla szerszej publiczności. Na szczęście Maciej Krzywiński okazał się idealnym człowiekiem do przedstawienia tej specyficznej grupy. Nawet jeśli jeszcze nie jesteście wyznawcami Faith No More, po tej lekturze będziecie mogli tylko do nich dołączyć.

Jakub Gańko
Tagi: #Faith No More #Recenzje