20.05.2015 12:43

Faith No More - Sol Invictus

18 lat. Tyle kazali czekać fanom na nowy album panowie z Faith No More. Czy nasza cierpliwość zostanie wynagrodzona?

Faith No More - Sol Invictus
foto: materiały prasowe

Każdy powrót na muzyczną scenę po tak długim czasie budzi zrozumiałe emocje. Każdemu towarzyszy podekscytowanie, ale również obawa, że coś pójdzie nie tak. Można by długo wymieniać jakiego rodzaju lęki pojawiają się najczęściej wśród fanów. Jedni boją się, że ich ulubiona kapela pójdzie w komercję, inni, że zaprzepaści swój dotychczasowy dorobek. W wypadku Faith No More, zespołu opartego na muzycznych paradoksach i momentami dużej niespójności materiału zawartego na płytach, oczywiście takie obawy też się pojawiały. Pierwsze recenzje już można czytać i są z reguły entuzjastyczne. Jak się przekonacie dalej, ja idę w swej ocenie nieco pod prąd.

„Sol Invictus” zaczyna się obiecująco, od tajemniczego kawałka tytułowego, będącego zarazem wstępem do kolejnego numeru, czyli „Superhero”. To jedna z piosenek znanych już wcześniej, bo upublicznionych w formie singla. Zaczyna się od typowych dla Mike'a Pattona wrzasków - dobrze, to znak, że lider FNM będzie eksperymentował wokalnie także i na nowej płycie. I faktycznie wokal Mike'a jest jednym z najjaśniejszych punktów albumu. „Superhero” na początku agresywny, z czasem łagodnieje, a na tle gitarowej solówki Patton oddaje hołd melodii.

Wpada w ucho przypominające trochę „Crack Hitler” (melorecytacja, uderzenie gitar w refrenie) z „Angel Dust”, zatrącające nieco schizofrenicznym klimatem „Cone Of Shame”. Podobnie jest również z funkującym (gitara!) „Sunny Side Up” (choć bardziej da się w nim słyszeć echa innych projektów Pattona – Mr. Bungle oraz Peeping Tom – ale to ciągle piosenka jakiej oczekuję po Faith No More – zaskakująca i świeża).

Niestety, moim zdaniem, nie cała płyta trzyma równie wysoki poziom. Nie zrozumcie mnie opacznie – dalej jest to niezłe granie, ale... No właśnie, Faith No More to kapela, którą ciężko było pomylić z jakąkolwiek inną. „Sol Invictus” pokazuje, że w kreowaniu oryginalnego brzmienia zespół nie jest już jednym z liderów. Takie „Separation Anxiety” nie wyróżnia się niczym na tle tego, co obecnie proponują alternatywno-metalowe kapele z mniejszym stażem.  Trochę zbyt banalne wydaje mi się też „Black Friday”, choć nieco rozkręca się w dalszej części utworu. Mimo wszystko nie przekonuje w nim ani linia melodyczna, ani zaproponowane zagrywki gitarowe. Generalnie problemem „Sol Invictus” wydaje się przesadna lekkość materiału, dużo mniej tu metalowego czadu, więcej klimatu i po „pattonowsku” rozumianego kabaretu jak w „Rise of the Fall”.

Paradoksalnie (choć może wcale nie?) najbardziej zostaje w głowie marszowy i sprawiający wrażenie napisanego dla żartu „Motherfucker”. Niby prosty do bólu, ale melodia z refrenu jest wręcz niewiarygodnie zaraźliwa. Biorąc poprawkę na fakt, że największym hitem z „Angel Dust” (najlepszej nie tylko w mojej opinii płycie w dorobku FNM) i chyba największym w ogóle Faith No More jest nagrany dla żartu „Easy”, to może po prostu ten zespół tak ma.

W podsumowaniu należałoby napisać coś mądrego, ale nie przychodzi mi do głowy nic ponad to, że „Sol Invictus” to płyta po prostu średnia. Na pewno nie zła, ale dająca zbyt mało argumentów na swoją obronę, żeby nazwać ją świetną. Posłuchać oczywiście można, ale do poziomu „Angel Dust” czy „The Real Thing” nie udało się tym razem chłopakom doszlusować.

Ocena: 3/5

Dominik Zawadzki
Tagi: #Faith No More #Recenzje