15.08.2015 16:15

Joe Satriani – Shockwave Supernova

Wirtuoz sześciu strun kończy trzecią dekadę władania światem gitary i zapowiada dalsze panowanie.

Joe Satriani – Shockwave Supernova
foto: materiały prasowe

Według wierzeń frankijskich Joe Satriani powinien stracić swoją moc w roku 1996, gdy pożegnał się ze swoją bujną czupryną. Tak się jednak nie stało i zamiast zejść z tronu po 10 latach od wydania debiutanckiej płyty, Satch nieprzerwanie króluje na rockowej, instrumentalnej scenie. Kilka dni po 59 dniu swojego imienia świętował natomiast wydanie 15. studyjnego albumu – „Shockwave Supernova”.

Satriani wydaje swoje płyty regularnie, co 2-3 lata. Być może wynika to z wielkiego szacunku do fanów, a być może z jego ogromnej radości z tworzenia muzyki. Ostatnie 24 miesiące spędził on w towarzystwie swoich muzyków koncertowych, jakimi są grający na klawiszach i gitarze Mike Keneally, perkusista Marco Minnemann oraz basista Bryan Beller. Określeni przez Satcha jako „zespół marzeń” z pewnością poczuli wielką nobilitacją. I nie ma w tych słowach nawet odrobiny przesady.

Od maja 2014 roku kwartet promował bardzo dobrze przyjęty album „Unstoppable Momentum” i aż trudno było sobie wyobrazić, iż Satrianiemu uda się przebić ten materiał. Kluczem do sukcesu okazało się właśnie odpowiednie dobranie współtwórców muzyki. Oczywistym jest, iż wszystkie kompozycje w wersji demo przygotował J.S., spotykając się jednak ze swoimi przyjaciółmi w studio, pchnął materiał o krok dalej. Wymagał od nich spontaniczności oraz elementu zaskoczenia. W efekcie powstał niezwykle naturalny i spójny owoc współpracy.

Koncepcja „Shockwave Supernova” dotyczy alter ego legendarnego gitarzysty, występującego na scenie już cztery dekady. Jak się pewnie domyślacie instrumentalista znalazł się w tym czasie w najróżniejszych sytuacjach, niezmiennie walcząc, by ciągle być lepszym. W efekcie słuchacz dostaje 15 kompozycji, na które złożyły się różnorodne style muzyczne oraz nastroje. Technika gry i efekty gitarowe są tutaj podporządkowane emocjom, a nie odwrotnie. Podczas 63 minut jakie trzeba poświęcić na przesłuchanie płyty, nawet przez moment nie da się odczuć przerostu formy nad treścią. Najważniejsze są emocje, odpowiednie wibracje oraz melodie, które tworzą w umyśle słuchacza obraz skłaniający do refleksji nad otaczającym światem.

Najnowsze wydawnictwo sygnowane nazwiskiem Satriani zostało zapowiedziane trzema rewelacyjnymi singlami: „On Peregrine Wings", „San Francisco Blue” oraz utworem tytułowym. Pierwszy z wymienionych jest potwierdzeniem tezy, iż Joe Satriani i spółka wykorzystują swoje umiejętności do tworzenia niezwykłej aury. Mocne gitary, brudne brzmienie basu oraz najcięższe na całej płycie uderzenia Minnemanna w kotły roztaczają niepokojącą i ekscytującą zarazem atmosferę. Do singla nr 2 spokojnie można by dodać na końcu literę „s”, gdyż tworzony przez niego klimat od razu budzi skojarzenia z twórczością Steviego Raya Vaughana. Bluesowe melodie od razu wpadają w ucho i momentalnie cisną się na usta. Zapowiada się obowiązkowa pozycja w koncertowej setliście.

Otwierający płytę utwór „Shockwave Supernova” charakteryzują natomiast wibracje powodujące ciarki na plecach i groove, którym można burzyć ściany. Satriani zachwyca swoimi slide’ami, a Minnemann wykorzystuje każdą chwilę by zaszaleć na podwójnej stopie lub tomach. Z openerem 15. krążka Satrianiego znakomicie koresponduje ostatnia kompozycja na płycie, jaką jest „Goodbye Supernova”. Wolniejsze tempo muzycy rekompensują ciężarem – perkusja jest oszczędna, ale trafia w punkt, bas jeszcze bardziej wwierca się w ucho swoim rzężeniem, a Joe odpływa niepowtarzalnymi partiami solowymi.

Na płycie wyróżnia się również „Lost in a Memory”, który budzi skojarzenia z kultową piosenką „Cryin”. Ciekawym urozmaiceniem jest najkrótszy i najspokojniejszy na płycie „Butterfly and Zebra” oraz intrygujący już samym tytułem „If There Is No Heaven”. Pośród ogromu radości jakie daje słuchanie „Shockwave Supernova” dostrzec należy jeden mankament. Muzyka Satrianiego jest dla słuchacza wymagająca, a materiał trwa ponad godzinę. Wszystkim fanom dobrej muzyki życzę, by mieli czas na wygodne siedzenie w fotelu i rozkoszowanie się takimi płytami. Pozostawiam Was zatem z refleksyjnym „All of My Life” czy odrobinę funkowym „Crazy Joey”, w którym doszukać się można akcentu z pewnego kawałka AC/DC. Płyta jest wypełniona po brzegi inspirującymi kompozycjami.

Joe Satriani przygotował longplaya najwyższych lotów i nie pozostawia wątpliwości – cały czas pozostaje królem gitary. Na horyzoncie nie widać nawet konkurenta, który mógłby mu zagrozić. Niedowiarków przekona z pewnością występ live, który Joe Satriani zaplanował Polsce na 18 października 2015 roku. Do zobaczenia!

Ocena: 4,5/5

Piotr Wasilewski
Tagi: #Joe Satriani #Recenzje