19.05.2017 13:54

Linkin Park - One More Light [RECENZJA]

To nie jest tak, że pop jest zły już z założenia, bo przecież i ten gatunek potrafi mieć coś do zaoferowania. W przypadku Linkin Park to się nie sprawdziło.

Linkin Park - One More Light [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Zespół z Los Angeles zawsze miał pod górkę. Katarzyna Nosowska śpiewała, że jest „Zbyt szczecińska dla Warszawy, a dla Szczecina zbyt warszawska”, z podobnym problemem mierzył się Linkin Park. Dziś „Hybrid Theory” to jeden z kamieni milowych nu metalu, a i w czasie debiutu był to materiał rozchodzący się jak ciepłe bułeczki. Nie zabrakło jednak metalowych malkontentów twierdzących, że Linkin Park to nic więcej jak właśnie pop skryty pod przesterem gitar.

Niemal z każdą kolejną płytą dźwięki wydawane ze wzmacniaczy grupy ustępowały miejsca elektronicznym brzmieniom, choć oczywiście zespół korzystał z nich od samego początku. Jednak kapela wciąż stała na rockowym trzonie. Z cyklicznie łagodniejącym brzmieniem niemal naturalnym krokiem było to, co zostało spięte nazwą „One More Light”.

Już pierwsze single promujące nadchodzące wydawnictwo nie napawały optymizmem. Połączenie Linkin Park i Kiiary, mistrzyni dźwięków z pogranicza eksperymentalnego popu i alternatywnego R&B, zwiastowało, że może powstać co najmniej świetny numer i wielki radiowy przebój. „Heavy” wypadło jednak niezwykle mdło, bez wyrazu, ot jeden z wielu numerów, który stopi się z resztą podobnych.

„One More Light” cierpi przede wszystkim na brak chwytliwych melodii, co, wydawać by się mogło, jest bodaj najważniejszą składową popu. Dziwne, bo Chester Bennington z układaniem swoich partii wokalnych nigdy nie miał problemów. Otwierające album „Nobody Can Save Me” jest jeszcze obiecujące wraz ze swoimi elektronicznymi wstawkami, których nie powstydziliby się świecący obecnie triumfy producenci muzyczni i DJ'e. Jednak im dalej w las tym gorzej. Bladą reminiscencją gitarowego grania jest „Talking to Myself”, gdzie perkusja nabiera nieco tempa, a i sześć strun daje o sobie znać. Kipiące od wakacyjnego klimatu jest „Battle Symphony” - dobrze jest złapać trochę sił od tych promieni słonecznych bijących od kawałka, żeby dotrwać do końca tej zaledwie 35-minutowej płyty, która jednak dłuży się w nieskończoność.

Nowy album Linkin Park jest nudny i wtórny. Po jego przesłuchaniu można docenić nawet twórczość Justina Biebera. Kilka nielicznych numerów wybijających się ponad przeciętną snujów zawartych na krążku i tak nie ma siły, aby obronić „One More Light” jako całość. Mogły być z tego letnie przeboje, co zresztą zapowiadała okładka z beztroskimi dzieciakami korzystającymi z uroków wolnego czasu. A tak... jeżeli taka muzyka miałaby mi towarzyszyć podczas wakacji, to czym prędzej bym się z nich zawinął.

 Ocena: 2/5

Robert Skowronski
Tagi: #Linkin Park #Recenzje