17.07.2017 16:08

Łydka Grubasa - O-dur C-ból [RECENZJA]

Polska scena kabaretowego rocka ma się lepiej, niż kiedykolwiek. Cebulowy metal Łydki Grubasa zasmakuje wszystkim smakoszom kabanosów i nocnym kochankom.

Łydka Grubasa - O-dur C-ból [RECENZJA]

Ortodoksi powiedzą – metal to nie żarty, to krew, pot i łzy. Jeśli Wy też tak uważacie, natychmiast przestańcie czytać tę recenzję. Łydka Grubasa to nie jest rzecz dla tych, którzy rocka traktują zbyt serio. To wierni uczniowie Kabanosa i Nocnego Kochanka, kapel szczerze znienawidzonych przez „poważnych” metalowców, za to uwielbianych przez tych, którzy nie wyobrażają sobie zakrapianej imprezy z kebabem na zagrychę bez odpowiedniej porcji ciężkich brzmień.

Nazwy tych grup padają tu nieprzypadkowo. Grubasy to ich muzyczni protegowani, czego dowodem jest ich udział, wspólnie z Kochankiem i wokalistą Kabanosa, Zenkiem w imprezie Zdrajcy Metalu Fest, która odbędzie się 19 sierpnia 2017 w Chorzowie. Olsztynianom zdecydowanie bliżej jednak do Kabanosa. O ile „zdrajcy metalu” to wbrew pozorom dość tradycyjnie heavymetalowy band, to Łydka stawia na pełny eklektyzm, choć w obrębie szeroko rozumianego ciężkiego grania.

I tak, na „O-dur C-ból” znaleźć można chyba każdy metalowy podgatunek, choć oczywiście zagrany z dużym przymrużeniem oka. Folk metal? Proszę bardzo, „Gender” z mocno słowiańskim „zapiewaniem”. Nu metal? W „Taka półka” jest i groove, i hardcore’owe pieprznięcie, i skandowanie Hipisa. Wokalista do rapu najbardziej zbliża się w „Chlebie”, który wyraźnie parodiuje styl Rage Against The Machine. Echa thrashu słyszymy w najostrzejszym na krążku „Zjeździe kierowników”. Grubasy nie podarowały nawet progmetalowi, w pompatycznym „Pijanym kataryniarzu”.

Czasem Łydce zdarzy się odpłynąć w kierunku zupełnie niemetalowym. Reggae’owy „ZUS” (ze swego rodzaju parafrazą „Płonie Babilon” Izraela) i „Hassan” w rytmie ska to najlepsze przykłady. W „Adelajdzie” muzycy zbliżają się do stylu zaprzyjaźnionego Eneja, którego członkowie wsparli ich wokalami i dęciakami w studiu. Styl grupy świetnie podsumowuje otwierający płytę „Ogórek”, gdzie słychać i System Of A Down, i The Pogues, i ska, i… piosenki z „Akademii Pana Kleksa”! Tym, którzy zżymają się na brak spójności stylistycznej Łydki, artyści odpowiedzieli dowcipnie w „Na czterech akordach” – chcieli grać „epopeje dla czorta”, ale z powodu miernych umiejętności wychodzi im punk. Takie deklaracje to jedynie autoironiczna kurtuazja, bo Grubasy to naprawdę sprawni muzycy i daleko im do amatorki. Szczególnie ciekawie wypadają harmonie wokalne – ci goście umieją śpiewać, serio!

Eklektyzm to znak rozpoznawczy kabaretowego rocka, ale nie byłoby tego fenomenu bez specyficznych tekstów. Tak jak w przypadku Kabanosa, humor Łydki zdecydowanie nie jest dla każdego. Sam tytuł albumu, „O-dur C-ból” (czyli odór cebul) wiele o nim mówi. Zgodnie ze swoją nazwą, nasi bohaterowie kochają jeść – „Ogórek” i „Chleb” to muzyczne przepisy na kiszonki i wypieki, „Hassan” jest odą na cześć z budki z kebabem, a „Parufa” to hejt na wyroby mięsopodobne wiadomego rodzaju. Nie brak żartów o nacechowaniu erotycznym, jak w „Adelajdzie” o napalonej, ale brzydkiej jak noc dziewczynie i w „Pokaż lupę” (odpowiedź na „Poka sowe” Sexmasterki?). Musi się pojawić też alkohol, który płynie strumieniami przez „Czarną pijawkę” i, oczywiście, „Pijanego kataryniarza”.  

Trochę poważniejsza Łydka próbuje być w „Zjeździe kierowników” o szczurach z korpo. Ale nawet gdy zespół wypowiada się na ważkie społeczne tematy, jak biurokracja („ZUS”), imigracja („Hassan”) czy emancypacja osób transpłciowych („Gender”), woli pozostawać w kabaretowej konwencji. Czasem, niestety, bardzo średnich lotów – ten ostatni utwór z refrenem: „Choćbym prącie wsadził w blender, nie zrozumiem, co to gender” z pewnością nie rozbawi każdego przedstawiciela środowiska LGBT, a skierowane do feministek słowa: „Zamiast grzecznie brać nasienie, wolą równouprawnienie” są zwyczajnie obrzydliwe i skrajnie seksistowskie.

Takim przekazem Łydka Grubasa zamyka się w kręgu miłośników dość niewybrednego humoru. A szkoda, bo potencjał muzyczny ma naprawdę spory. Muzycy potrafią zarówno przekonująco poruszać się w metalowej konwencji, o czym świadczy choćby „Zjazd kierowników”, jak i pisać przebojowe, melodyjne kawałki - z innymi tekstami „ZUS” czy „Hassan” mogłyby być dużymi hitami. Trzeci album olsztynian doskonale będzie pasował na półkę z płytami Kabanosa i Nocnego Kochanka, ale czy przemówi do „poważnej” rockowej publiczności? Z tak dosadnymi tekstami może być o to trudno. Ale czy muzycy naprawdę o szeroką publiczność zabiegają? „Wyje*ane mam, lubię tę półkę” - deklaruje wokalista i to wyraża więcej niż tysiąc słów.

Ocena: 3,5/5 

Maciej Koprowicz
Tagi: #Recenzje