05.10.2017 17:15

„Pearl Jam – Let’s Play Two” w reżyserii Danny'ego Clincha [RECENZJA]

4 października 2017 roku w kinach pojawił się film, w którym poznajemy świat grupy Pearl Jam, jak również i klubu Chicago Cubs. Twórcy połączyli te dwie historie w jedną spójną i dynamiczną opowieść.

„Pearl Jam – Let’s Play Two” w reżyserii Danny'ego Clincha [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

W momencie, gdy pojawiła się informacja o śmierci Chrisa Cornella, świat zdał sobie sprawę, że stracił kolejny wybitny głos i z najwybitniejszych grunge'owych wokalistów pozostał tylko Eddie Vedder. Za każdym razem, gdy muzyk chwyta za mikrofon, nagle pojawia się duszna atmosfera, człowiek odnosi wrażenie, że nie trzeba wsłuchiwać się w słowa, bo głos Eddiego jest w stanie oddać dosłownie wszystko. Gdy jest na scenie, emocje aż w nim buzują i chociaż ma ponad 50 lat, to nadal skacze równie wysoko jak kiedyś. Vedder wydaje się być kumplem z sąsiedztwa, który buja w obłokach i lubi pomuzykować. Koncertówka „Let’s Play Two” pokazuje go również od drugiej strony - jako fana klubu Chicago Cubs.

Premiera tego filmu odbyła się 4 października 2017 roku w kinach. „Let’s Play Two” jest bardziej skierowana do fana Pearl Jam, bowiem nie jest to po prostu zapis koncertu. Otóż prędzej można film ten określić mianem dokumentu, w którym pokazano występ zespołu zarejestrowany w 2016 roku na stadionie zespołu baseballowego Chicago Cubs. Kadry z tego koncertu przeplatane są z ujęciami związanymi z klubem Chicago Cubs, który może się pochwalić tym, że w 2016 po raz trzeci w historii zdobył Mistrzostwo w World Series.

Historię spaja Eddie Vedder, który jest prawdziwym fanem klubu, jeżeli nie fanatykiem. W filmie zobaczyliśmy przeszłość oraz teraźniejszość zarówno klubu, jak również i grupy Pearl Jam, który swój pierwszy koncert w Chicago dał w niewielkim klubie. Po 25 latach zespół gra na jednym z największych sportowych obiektów. Muzycy nadal nie mogą w to uwierzyć, jak duży krok do przodu udało się im zrobić. W filmie pokazano fanów, którzy wytrwale czekali na to, by stanąć na koncercie w pierwszym rzędzie, a Eddie nie mógł nadal uwierzyć, że gdy zespół grał akustycznie na dachu jednego z budynków, fani otoczyli ich ze wszystkich stron.

Ciekawy, dynamiczny montaż powoduje, że film ogląda się jednym tchem, nawet te osoby, których historia klubu Chicago Cubs średnio interesuje nie nudzą się słuchając opowieści o drużynie baseballowej. Twórcy postanowili przy nagrywaniu koncertu nie bawić się w różne ozdóbki czy efekty, zatem jeśli ktoś szuka ciekawych wizualnych rozwiązań to nie znajdzie tego na „Let’s Play Two”.

Na koncertówce pojawiły takie hity, jak „Better Man”, „Jeremy”, „Alive”, „Black”, „Lightning Bolt” czy skomponowany specjalnie dla drużyny „All The Way”. W momencie, gdy fan słyszy początkowe takty znanego kawałka coś zaczyna się gotować w środku. Pearl Jam potrafił połączyć melodyjność z młodzieńczą wściekłością. Jeden z fanów przyznał, że gdy stracił ojca to kawałek Release pomógł mu przeżyć. W filmie pokazano, jak Eddie zadedykował ten kawałek właśnie jemu i nie trudno się domyślić co czuł, gdy słyszał ten utwór na żywo w wykonaniu swojego ulubionego zespołu. To nic, że Vedder i reszta muzyków stała na wielkiej scenie daleko od swoich fanów - oglądając ten dokument odnosiło się wrażenie, że są oni na wyciągnięcie ręki, że są bliscy i gdy będziesz się czuć źle wystarczy poprosić ich o pomoc, o piosenkę, która Tobą wstrząśnie i zmieni na zawsze.

„Let’s Play Two” to ciekawa opowieść o Pearl Jam i klubie baseballowym. Eddie stwierdził, że sport to też sztuka i patrząc na ten dokument rzeczywiście można zauważyć wspólne cechy, które łączą te dwa światy - są to ludzie w pełni oddani swojej pasji. Gdy robisz coś szczerze pójdą za tobą tłumy. 

Ocena: 4,5/5

Aleksandra Degórska
Tagi: #Pearl Jam #Recenzje