03.11.2016 14:41

Phil Collins. Jeszcze nie umarłem [RECENZJA]

Ten mały facet, który po prostu uderzał pałeczkami w perkusję stał się jednym z najbardziej wpływowych artystów w przemyśle muzycznym. Były członek Genesis postanowił szczegółowo opisać swoją historię jak to od ucznia szkoły aktorskiej stał się gwiazdą występującą na jednej scenie z najlepszymi.

Phil Collins. Jeszcze nie umarłem [RECENZJA]
foto: Antyradio.pl

Phil Collins jeszcze całkiem niedawno twierdził, że przechodzi na emeryturę i żadna siła nie jest w stanie go wyciągnąć z powrotem na scenę. W końcu jednak pomimo problemów zdrowotnych postanowił ponownie chwycić za mikrofon i na 2017 rok w ramach trasy „Not Dead Yet” zaplanował kilka koncertów w Londynie, Kolonii oraz Paryżu. Podczas pierwszych występów w 2016 roku pokazał, że ma się całkiem dobrze i jeszcze nie umarł.

Tak też brzmi tytuł jego autobiografii, która ukazała się 26 października 2016. „Jeszcze nie umarłem” to szczera do bólu historia człowieka, który nie boi się przyznać do błędów, pokazać kulisy swojego życia, opowiedzieć ciekawą historię perkusisty, który chciał być tak wielki jak John Bonham. Phil Collins zawsze był facetem z dystansem, pełnym humoru i również tym razem zawadiacko puszcza oczko do czytelnika.

Choć na początku można mieć wrażenie, że perkusista nieco pajacuje opisując historyjki ze swojego życia, to jednak każda kolejna strona po prostu wciąga. Jest to bowiem ciekawa lektura nie tylko dla fanów Genesis i Collinsa. Książka jest skarbnicą ciekawostek dla tych, którzy interesują się historią muzyki rockowej. Phil miał to szczęście, że był świadkiem narodzin takich legend, jak Cream, Yes, Yardbirds czy The Who. Nic zatem dziwnego, gdy potem po latach Collins ma możliwość współpracowania m.in. z Erikiem Claptonem czy grania z Zeppelinami podczas Live Aid czuje się niezwykle spełniony. Psychodeliczna końcówka lat 60., szalone lata 70., syntezatorowe zmiany w muzyce w kolejnej dekadzie - to wszystko opisuje Collins, który okazuje się być naprawdę bacznym obserwatorem.

Oczywiście wszelkie te historie dotyczące sceny muzycznej są tłem do opowieści o Collinsie, który choć początkowo miał być aktorem i nawet ma na swoim koncie kilka ról chociażby w musicalu „Oliver!”, to cały czas marzył o zawodowym graniu na perkusji. Opis jego prywatnego życia jest bardzo szczegółowy i autor nie pomijał nawet najbardziej wstydliwych kwestii jak, np. moczenie się w dzieciństwie czy masturbowanie się w wieku nastoletnim. Mimo wszystko Collins potrafi tego typu szczegóły opisać w taki sposób, że czytelnik raczej się uśmiecha i w ogóle nie czuje się zażenowany takimi opowieściami.

Książka jest pełna humoru o czym świadczą chociażby długie i zabawne tytułu rozdziałów często nawiązujące do tytułów jego utworów, np. „Perkusista szuka zespołu, ma własne pałeczki”, czyli próby zaistnienia w swingującym Londynie. To nie może być aż takie trudne, prawda?

Czytając tę autobiografię przed oczami mamy zupełnie innego Phila Collinsa - szczerego faceta, który jeśli tylko by mógł grałby na bębnach z każdym kto o to poprosi. Muzyk poprzez tę książkę rozlicza się z przeszłością, żałuje za grzechy szczególnie te, które doprowadziły do rozpadu jego małżeństw. Jednocześnie opisując swoją karierę cieszy się z tego, co zdołał osiągnąć w muzyce i śmieje się ze swoich potknięć, jak chociażby niefortunne występy podczas wspomnianego wcześniej Live Aid.

Collins przez całe swoje życie się nie poddawał i również teraz, gdy ma 65 lat i jego ciało czasami płata mu figle, nie chce spoczywać na laurach. Oglądając jego ostatnie występy można dojść do wniosku, że ten staruszek potrafi jeszcze zaskoczyć.

W muzyce nigdy nie możesz nic robić na pół gwizdka, wie o tym Phil Collins, który niejednokrotnie poświęcał jej wszystko co miał. Teraz otworzył swoje serce przed fanami, którzy na pewno docenią jego szczerość i zaangażowanie.

Ocena: 4,5/5

Aleksandra Degórska
Tagi: #Genesis #Phil Collins