24.03.2017 12:17

Rammstein: Paris [RECENZJA]

23 marca 2017 roku w polskich kinach pokazano najnowszą koncertówkę „Rammstein: Paris”. Widzowie nie mogli się powstrzymać od oklasków i śpiewania największych hitów zespołu. Magia kapeli działa również, gdy patrzy się na muzyków na srebrnym ekranie.

Rammstein: Paris [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Rammstein przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że każdy koncert to tak naprawdę spektakl dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie ma tutaj mowy o spontaniczności, bo może to się skończyć przypalonymi włosami. Ogień pojawiaja się dosłownie wszędzie - płoną gitary, kocioł z gotującym się Flake'm, czy serce Tilla Lindemanna. Gdy Rammstein zapowiedział kolejną koncertówkę tym razem z Paryża wiadomo było jedno - będzie to widowisko zapierające dech w piersiach. Choć większość scenicznych sztuczek fani znają na pamięć to za każdym razem robi to nie mniejsze wrażenie.

Koncert został zarejestrowany w 2012 roku i za reżyserię odpowiedzialny jest Jonas Akerlund, który współpracował z zespołem m.in. przy teledysku do „Pussy”. Tak jak w przypadku wcześniejszego koncertowego wydawnictwa „Rammstein In Amerika” z 2015 roku kadry zmieniają się w bardzo szybkim tempie współgrając z rytmicznymi akcentami w poszczególnych utworach. Tak szybkie tempo „migających” kadrów powoduje na początku, że widz nieco się gubi. Show Rammsteina dobrze jest obserwować z dalszej odległości, bowiem często w tej samej chwili płomienie czy inne pirotechniczne sztuczki pojawiają się w różnych miejscach na scenie. W momencie, gdy kamera skupia się tylko na zbliżeniu na jednego członka zespołu fan nie widzi, że w tym momencie np. płonie kołnierz drugiego gitarzysty. Jednak z każdym kolejnym numerem widz przyzwyczaja się do dynamicznie zmieniającego się obrazu.

Świetnym zabiegiem są kadry pokazane w zwolnionym tempie czy dodawanie dodatkowych kadrów, jak np. symetryczne odbicie obrazu w „Man Gegen Man”, twarze aniołów w „Engel”, kadry przedstawiające z bliska twarz wokalisty czy język węża u Tilla w „Feuer Frei”. Wszystkie tego typu smaczki uatrakcyjniają koncertówkę, która siłą rzeczy musiała się czymś różnić od poprzedniego DVD „Rammstein In Amerika”.

Jeśli chodzi o setlistę to oczywiście nie było żadnego zaskoczenia, bowiem kapela wykonała hity, które po prostu muszą być na każdym koncercie Rammsteina - „Sonne”, „Keine Lust”, „Du Riechst So Gut” czy „Du Hast”, który śpiewał cały stadion na koncertówce, jak również widzowie w kinie. W momencie, gdy rozpoczynał się kolejny kawałek na ekranie pojawiał się napis z tytułem utworu, przy czym każdy z nich różnił się nawiązując do tematyki numeru.

Jak wiadomo, tematyka utworów Rammsteina często związana jest z seksem. Naprawdę gorąco zrobiło się podczas utworu „Buck Dich” - przy akompaniamencie sampli granych przez Richarda Kruspe'a, perkusista kapeli wprowadził muzyków, chodzących na czworaka oraz przypiętych na smyczy, na małą scenę, która znajdowała się na płycie wśród fanów. Ci, którzy mają w małym paluszku sceniczne show grupy wiedzieli dobrze do czego dojdzie w momencie, gdy zespół zacznie grać ten numer. Otóż napalony Lindemann kopuluje z klawiszowcem (biedak, zawsze musi grać ofiarę). Następnie z gumowego penisa tryska woda w stronę widowni. Niby ten trik widziało się już niejeden raz na koncertach Rammsteina, ale za każdym razem szczególnie dziewczyny krzywią się na ten widok i w sumie dobrze, że podczas trasy koncertowej w 2016 roku obejmującej m.in. koncert we Wrocławiu zespół zrezygnował z tej sceny.

Drugim mocno prowokującym momentem jest gigantyczny penis strzelający pianą w numerze „Pussy”. Rammstein zawsze był kontrowersyjny i jak widać nadal potrafi gorszyć i jednocześnie fascynować. Tak naprawdę obok Rammsteina nie możesz przejść obojętnie - albo go podziwiasz za chwytliwe, ciężkie kawałki i industrialne show, albo patrzysz z ubolewaniem. Większość kapel chcąc zaistnieć za granicą decyduje się na teksty w języku angielskim, ale Rammstein zaryzykował i poszedł w ślady muzyków Neue Deutsche Welle, którzy jeszcze w latach 80. postawili na język niemiecki. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę - czy Rammstein brzmiałby równie spektakularnie z tekstami w języku angielskim? Oczywiście w utworach kapeli pojawiają się inne języki, jak chociażby w „Frühling in Paris”, który pojawił się na najnowszej koncertówce z wiadomych przyczyn.

Można policzyć na palcach formacje, które robią równie widowiskowe show z taką ilością pirotechniki, oświetlenia i innych wynalazków, które powodują, że człowiek zastanawia się, jakim cudem muzycy Rammsteina są jeszcze cali i zdrowi. „Rammstein: Paris” pokazuje ile dynamizmu i energii jest w samej muzyce, jak również show. Gdy już widz się przyzwyczai do agresywnej zmiany kadrów industrialny spektakl wciąga na tyle, że gdy następuje koniec i trzeba wyjść z kina niejeden fan mówił, że ma niedosyt. Występy Rammsteina chyba się nigdy nie znudzą. 19 maja 2017 roku koncert pojawi się na DVD - chyba już wiadomo na co odkładać pieniądze...

Ocena: 4,5/5

Aleksandra Degórska
Tagi: #Rammstein #Recenzje