28.08.2015 09:09

Riverside - Love, Fear And The Time Machine

Szósta płyta, sześć słów w tytule i sześćdziesiąt minut muzyki. Do tego zestawienia można dorzucić jeszcze jedną szóstkę, bo nowy album Riverside w szkolnej skali ocen zasługuje właśnie na nią.

Riverside - Love, Fear And The Time Machine
foto: materiały prasowe

Zespół zdecydował się na lekką modyfikację stylu na „Love, Fear And The Time Machine”. Związek grupy z muzyką lat 70. nie jest już tak silny, gdyż Riverside zaczął romansować z młodszą dekadą – latami 80. Spokojnie jednak. Nie oznacza to, że muzycy porzucili gitary na rzecz przeróżnych syntezatorów i elektronicznych brzmień, choć te oczywiście da się odnaleźć na nowym albumie.

Wyczuwalna jest stylistyczna zmiana. Progresywne granie ustąpiło miejsca prostszym aranżacjom, co nie znaczy, że banalnym, a potencjometr ustalający przesterowanie brzmienia został nieco przykręcony. Jeszcze bardziej została też uwypuklona melodyjność kompozycji. Tym samym Riverside stał się bardziej przystępny i zyskał, co może fanów grupy wprowadzić w konsternację, radiowy potencjał. Nie jest to równoznaczne z tym, że zespół zaczął grać błahą muzykę dla mas, a kompozycje skurczyły się do długości trzech minut. Po prostu zamiast dziedzictwa Dream Theater, czy Pink Floyd, bardziej dostrzegalne są teraz wpływy takiego The Cure.

Forma Riverside nie spadła i utrzymuje się na najwyższym poziomie od samego początku, aż po wybrzmienie ostatniej nuty. Całość stanowi przemyślany w każdym szczególe koncept wypełniony starannie dobranymi kompozycjami, z których każda ma do zaoferowania całą gamę emocji, jak i muzycznych niuansów tworzących z poszczególnych numerów małe arcydzieła. Dotyczy to zarówno tych bardziej „przebojowych” momentów, mocniejszych, jak i tych, z których przebija się poetycka wręcz melancholia będąca w stanie poruszyć najbardziej czułe struny.

Swoją nośnością zaraża „#‎Addicted” z rozmarzonym outro tworzonym przez dźwięki gitary akustycznej i płynące brzmienie syntezatora, czy też „Under the Pillow” z zapadającą w pamięć linią wokalu i z paroma cięższymi fragmentami oraz perfekcyjną solówką gitarową. „Time Travellers” utkany został niczym delikatna pajęcza sieć, podobnie jak zamykający krążek „Found (The Unexpected Flaw of Searching)”. Oba utwory poruszają, są w stanie dotknąć dna ludzkiej duszy. Oferują niemal mistyczne przeżycie. 

Wszystko to, co zostało zawarte w tytule płyty jest obecne na krążku. Muzyczna podróż od współczesności do przeszłości maszyną czasu, miłość do tworzenia doskonałych melodii, czy też może uszanowanie dla wymagającego słuchacza i zaproponowanie czegoś, co spełnia najwyższe wymagania melomanów. A strach? Strach jedynie pomyśleć jaka przyszłość czeka Riverside. Bo czy da się przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę przez „Love, Fear And The Time Machine”?

Ocena: 5/5

Robert Skowroński
Tagi: #Recenzje #Riverside