22.11.2016 13:45

Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości [RECENZJA]

W obozie warszawskiego zespołu wydarzyło się przez ostatni rok bardzo wiele - niestety, obok wielkich sukcesów przyszła i olbrzymia tragedia. „Sen w wysokiej rozdzielczości” to aktualne podsumowanie dotychczasowej kariery grupy.

Riverside. Sen w wysokiej rozdzielczości [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

O tym, że można było mieć wątpliwości co do tego, czy nie jest za wcześnie na tego typu publikację, mówi już sam autor w - siłą rzeczy - smutnym wstępie do książki. Czas w ponury sposób pokazał, że moment na napisanie „Snu w wysokiej rozdzielczości” okazał się wręcz idealny. Jednak nawet gdyby nie tragedia stanowiąca zwieńczenie tej historii, po lekturze biografii pióra Maurycego Nowakowskiego nie ma wątpliwości, że Riverside po prostu zasłużył sobie na taką książkę jak mało który zespół w tym kraju.

Co do tego, że historia kwartetu zostanie spisana w odpowiednio rzetelny i przystępny sposób, wątpliwości już być nie mogło. Nowakowski dał się poznać jako utalentowany „budowlaniec” (sam porównuje pisanie biografii do budowania domu) dzięki wcześniejszym publikacjom poświęconym Genesis i związanym z nim Philowi Collinsowi, Peterowi Gabrielowi czy Steve'owi Hackettowi. Jego dalsze powiązanie ze światem progrocka za sprawą magazynu „Lizard” czy też portalu artrock.pl mogły tylko umocnić w przekonaniu, że to odpowiedni człowiek na właściwym miejscu.

Doskonała znajomość klasyki rocka progresywnego pozwoliła autorowi na trafne odczytanie inspiracji i nawiązań w dorobku Riverside, na czym zyskały obszerne analizy każdej płyty zespołu. Również rozeznanie w przemianach, jakie zachodziły w pierwszej dekadzie XXI wieku w tym środowisku muzycznym były niezbędne, by należycie umiejscowić kolejne pozycje w dyskografii Mariusza Dudy na mapie muzycznego świata. A przy okazji wiarygodnie uświadamia, o jak wyjątkowych albumach jest tutaj mowa, nie narażając Nowakowskiego na zarzuty o przesadne zachwycanie się opisywanym zespołem.

Bodaj najtrafniejszy fragment tego typu napotykamy na początku piątego rozdziału, w którym mowa jest o przygotowywaniu gruntu dla skądinąd przełomowej płyty „Second Life Syndrome”. Maurycy Nowakowski przytacza tutaj kontekst innych polskich zespołów, które od lat 80. marzyły o karierach na zachodzie. Nie maluje jednak trawy na zielono, jak to często ma w takich sytuacjach miejsce, tylko szczerze przybliża okoliczności zaprzepaszczonych szans Republiki i Lady Pank, a także prezentuje przyczyny eksportowych klap O.N.A. czy Myslovitz dwie dekady później. Dzięki temu gdy na kolejnych stronach czytamy o zagranicznych wojażach Riverside, nie mamy żadnych wątpliwości, że nazywanie go „najlepszym polskim towarem eksportowym” nie jest wcale przesadzonym hasłem reklamowym.

Wszystko to sprawia, że „Sen w wysokiej rozdzielczości” to wręcz doskonała pozycja również dla młodszych fanów zespołu, np. tych, którzy poznali go dopiero przy okazji „Love, Fear and the Time Machine” z 2015 roku, a teraz będą mieli wyśmienitą okazję dać porwać się tej niemalże hollywoodzkiej historii pełnej niespodzianek, dramatów i typowo rock'n'rollowych, zabawnych anegdot. Nie mam jednak wątpliwości, że i doświadczeni, wieloletni miłośnicy twórczości Mariusza Dudy i jego kolegów poznają dzięki tej lekturze zupełnie nieznane wcześniej fakty (czego sam jestem przykładem).

Maurycy Nowakowski oparł swoją pracę na długich wywiadach z muzykami, co ciężko przecenić - szczególnie w przypadku zmarłego w lutym 2016 roku Piotra Grudzińskiego, dla którego okazała się to ostatnia okazja do takich wspomnień. „Sen w wysokiej rozdzielczości” nie przyjmuje jednak bynajmniej formy wywiadu-rzeki, to umiejętnie poprowadzona historia, którą wypowiedzi poszczególnych członków zespołu w odpowiednich momentach uzupełniają.

I tak możemy w wiarygodny sposób poczuć się jak koledzy z dzieciństwa Mariusza Dudy, którzy uczestniczą w niezliczonych przedsięwzięciach kulturalnych nakręcanych przez niego w rodzinnym Węgorzewie. Razem z nim słuchamy pierwszych, nagrywanych na kiepski magnetofon ambientowych prób muzycznych, by wiele lat później obserwować jego odważną decyzję o przeprowadzce do Warszawy. Tuż obok Mittloffa rozglądamy się po stołecznym, metalowym undergroundzie lat 80. i wraz z Grudniem niecierpliwie czekamy na telefon od Michała Łapaja, gdy po wydaniu debiutu zaszła potrzeba znalezienia nowego klawiszowca dla zespołu.

Historia Riverside jest mocno zakorzeniona w Warszawie: starsi mieszkańcy stolicy z łezką w oku wspomną kultową Kopalnię, gdzie Riverside miał okazję zagrać jeden z pierwszych koncertów, młodsi będą mogli prześledzić związek grupy ze zmieniającą regularnie co kilka lat swą siedzibę Progresją. Najefektowniejsze są chyba jednak historie z zagranicznych tras: choćby o tym, jak Riverside o mały włos nie zagrał w tureckim barze dla gejów czy też o niespodziewanie ciepłym przyjęciu w Rosji i Meksyku. Z książki dowiemy się również, jak się pije z samym Fishem.

Poszczególnych muzyków mamy okazję poznać od nieco bardziej osobistej, nieraz wręcz intymnej strony, co ma szczególne znaczenie w przypadku Mariusza Dudy, którego życie osobiste ukształtowało większość materiału Riverside, a już szczególnie Lunatic Soul - projektu, któremu również poświęcono w książce dużo uwagi. Gdy dochodzimy do tragicznego finału i czytamy wspomnienia przyjaciół Grudnia po jego śmierci, z jednej strony ogarnia czytelnika żal, z drugiej strony nie sposób pozbyć się wrażenia, że Riverside to niezniszczalna maszyna, której nic już nie zdoła zatrzymać...

To chyba główny morał, który płynie z lektury tej pozycji i może przydać się każdemu dopiero rozpoczynającemu swą karierę zespołowi. Przykład Riverside pokazuje, że wcale nie trzeba iść na artystyczne kompromisy ani zaprzedawać swoich ideałów, by osiągnąć sukces i móc żyć z grania we własnym zespole, a przy okazji zostać docenionym zagranicą. A także z tych o wiele trudniejszych życiowych egzaminów można wyjść ostatecznie obronną ręką.

Ocena: 5/5

Jakub Gańko
Tagi: #Recenzje #Riverside