01.09.2015 14:28

Soulfly - Archangel

Max Cavalera postarał się, by osiemnaste urodziny Soulfly świętować wydaniem płyty, do której fani będą z przyjemnością wracać po latach.

Soulfly - Archangel
foto: materiały prasowe

Dziesiąty krążek Soulfly, to dobry czas by podsumować twórczość jaką zapisał na swoim koncie Max Cavalera po odejściu z Sepultury. Tradycyjnie, przed wydaniem nowej płyty, brazylijski frontman miał wiele do powiedzenia, ale nawet najwierniejsi fani jego muzyki podchodzili z dystansem do zapowiedzi. Największe sukcesy artysty datowane są zazwyczaj na lata 2004/2005, czyli wydanie „Prophecy”, a następnie „Dark Ages”. Ewentualnie w grę wchodzi pierwsza połowa lat 90. i wydane z Sepulturą „Arise”, Chaos A.D.” i „Roots” – w zależności od tego, czy wypowiadają się fani death, thrash czy groove metalu. Rok 2015 nie stoi jednak na straconej pozycji w stosunku do wyżej wymienionych.

Okazuje się, że gros zapowiedzi Maxa bez problemu można znaleźć na „Archangel”. Miało być mistycznie, a momentami nawet biblijnie i tak właśnie jest. Na najnowszy krążek Cavalera znalazł koncepcję, której zabrakło mu zdecydowanie na „Enslaved” z 2012 i „Savages” z 2013 roku. Dobry klimat płyty nie zastąpi jednak muzyki na niej zawartej. Na szczęście tutaj też jest zaskakująco dobrze.

Od samego początku uwagę przykuwają wokale Maxa – przez wiele lat bardzo podobne do siebie, nie wychodzące poza utarty schemat. Dzięki współpracy z Mattem Hydem udało się odświeżyć growle 46-letniego artysty. Więcej w nich agresji i brutalności, co od razu budzi skojarzenia z muzyką europejską. O inspiracjach Behemothem mówiono wprost i nie da się ich nie zauważyć. Śmiem twierdzić, iż wśród wpływów polskiego metalu wymienić można także Decapitated. „Archangel”, tak jak „Blood Mantra” nie zamyka się w jednej, metalowej szufladzie. Twórcy czerpią z różnych środków, które jako całość tworzą odpowiedni klimat.

Słuchając soulfly’owego Archanioła już po 2 kawałkach można mieć mieszane odczucia, ale nie należy się nimi zrażać. Otwierający LP „We Sold Our Souls To Metal” jest typową thrashową młócką połączoną z metalowym hymnem w refrenie. Brzmi infantylnie? Tak niestety jest. Dopiero ostatnie takty przenoszą nas we wspomniany, mistyczny klimat i w tym momencie zaczyna się robić zdecydowanie ciekawiej.

Tytułowy utwór na płycie „Archangel” to bezdyskusyjnie najlepsza jej wizytówka. Riffy Maxa gniotą ciężarem z jednej strony, partie Marca Rizzo wwiercają się w umysł z drugiej, a podwójna stopa i agresywne wokale nie pozwalają przejść wobec kawałka obojętnie. Soulfly nie zwalnia w następnym utworze, „Sodomites”. Zaproszenie Todda Jonesa z zespołu NAILS to prawdziwy strzał w dziesiątkę! Podobnie zresztą jest w przypadku hardcore’owych wokali Matta Younga w „Live Life Hard!”.

"

I am about to bring war upon you

I will kill your people in front of your idols.

The place will be littered with corpses and you will know that I alone

I am the Lord "

Do wyróżniających się utworów należy też z pewnością „Bethlehem's Blood”, w którym udało się połączyć deathowe riffy z akustycznymi gitarami i egzotycznym instrumentarium. Pozytywne odczucia zostają również po instrumentalnym „Soulfly X”. Rezygnacja z plemiennych brzmień wyszła „Archangel” na dobre i może sprawić, że historia zapamięta ten krążek z dobrej strony.

Na najnowszej płycie Soulfly nie wyzbyło się niestety kilku błędów. Zasób słów, które Max Cavalera używa do pisania tekstów nadal nie imponuje – strach pomyśleć co by było, gdyby nie wykorzystywał czasem cytatów z Biblii. Odczuwalne są również braki na stołku perkusisty – Zyon Cavalera poprawnie wpasowuje się w riffy swego ojca oraz Marca Rizzo, ale brakuje mu własnego stylu czy iskry nieprzewidywalności jaką można usłyszeć np. w grze Eloya Casagrande bębniącego obecnie w Sepulturze.

Słuchając „Archangel” kilkukrotnie można mieć wrażenie, że dany riff już gdzieś się słyszało (np. „Shamash” przenosi nas do czasów płyty „3”). Tym samym ocena całego albumu nie może być najwyższą z możliwych. Przyznać jednak należy, że nawet fani groove metalu i twórczości Maxa Calvalery z pewnością będą pozytywnie zaskoczeni tym krążkiem. Okazuje się, że płyta Killer Be Killed nagrana przez Cavalerę w wyborowym towarzystwie była również jego zasługą, a Max ma jeszcze coś ciekawego do powiedzenia fanom metalu. Po kilku słabszych wydawnictwach Soulfly oraz Cavalera Conspiracy, przyszła pora na obranie pozytywnej tendencji i miejmy nadzieję, że potrwa ona jak najdłużej.

Ocena: 3,5/5

Piotr Wasilewski
Tagi: #Recenzje #Soulfly