27.10.2015 16:38

Stratovarius - Eternal

Finowie na „Eternal” powrócili do grania bardziej klasycznego oblicza power metalu, czy jednak ich nowy krążek zasługuje na nadany mu tytuł „wiecznego”?

Stratovarius - Eternal
foto: materiały prasowe

Zespołowi zdecydowanie na dobre wyszło rozstanie się z gitarzystą Timo Tolkkim, który w Stratovariusie odpowiadał za przeważającą część materiału na kolejnych płytach grupy. Kapela co prawda potrzebowała nieco czasu na pozbieranie się, jednak szczytową formę udało się ostatecznie osiągnąć na albumie „Nemesis”.

Na „Eternal” czuć, że muzycy przy okazji poprzedniej płyty poklepali się po plecach o parę razy za dużo i osiedli nieco na laurach. Za tym stwierdzeniem przemawiają również potwierdzone fakty, gdyż jak wyznał nam Jens Johansson, klawiszowiec kapeli, Stratovarius planował wydanie krążka dużo wcześniej. Powód opóźnienia? Brak dobrych utworów.

Twórcza niemoc przebija się we fragmentach „Eternal”. Zespół przyzwyczaił nas do traktowania kompozycji niczym barkowych budowli, gdzie ważne są wszelkiego rodzaju ozdobniki. Tym razem słyszalny jest odwrót do prostszych form, co nie znaczy, że banalnych, czy pozbawionych smaczków oraz chwytliwości. Mniej tu elektronicznych wstawek znanych z „Nemesis” więcej nawiązań do początków gatunku na czele z takimi wykonawcami, jak Helloween.

Instrumentaliści ponownie pokazali, że nie należą do laików i choć zdarza im się stawiać niekiedy na prostsze riffy, to w dalszym ciągu potrafią też zadziwić technicznymi popisami. Najbardziej objawia się to w 11-minutowym „Lost Saga”, który zgrabnie łączy skrajnie różne od siebie elementy w spójną całość, która co i raz zaskakuje.

Co do reszty zawartości krążka to jej ton ustala już otwierająca album kompozycja „My Eternal Dream” z dudnieniem podwójnej stopy, patetycznymi liniami klawiszy i szybkimi zagrywkami na gitarach. Tak jak zespół rozpoczyna „Eternal”, tak też kontynuuje swoją „linię programową” przez kolejne kompozycje z nielicznymi wyjątkami, jak np. utrzymany w umiarkowanym tempie „Fire In Your Eyes” z natchnioną solówką na gitarze i fortepianowym outro połączonym z wokalem Timo Kotipelo, które wprowadza romantyczną atmosferę.

Odpowiadając na pytanie postawione we wstępie należy przyznać, że najświeższe wydawnictwo Stratovariusa raczej nie pozostanie „wiecznym” i z kategorii tych, które na zawsze wpiszą się w historię muzyki. Finowie nie mają się jednak czego wstydzić i zamykanie się gdzieś w ukrytej pośród lasów chacie, aby skryć twarz przed szyderą ze strony odbiorców nie będzie konieczne.

Ocena: 3/5

Robert Skowroński
Tagi: #Recenzje #Stratovarius