Co można w Vancouver
Globalne imprezy sportowe to także wielkie policyjno-wojskowe operacje logistyczne, do tego chyba wszyscy się już przyzwyczaili. Nie inaczej będzie w Vancouver. Koszty zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom zimowych igrzysk organizatorzy szacują na 900 milionów dolarów kanadyjskich. Przestrzeń nad stolica Kolumbii Brytyjskiej Vancouver i nad Whistler, gdzie o medale walczyć będą skoczkowie, biegacze i biathloniści jest już zamknięta, do akcji posłano tysiące patroli zmotoryzowanych, pieszych, na nartach, a nawet motorówkach. Głowy państw i oficjele, którzy przyjadą na otwarcie mogą się czuć bezpiecznie. Ma być prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, zabraknie za to Barracka Obamy, co na pewno zabolało gospodarzy. Nie wiadomo czego bardziej chcą uniknąć politycy: protestów (zapowiadają je na razie alterglobaliści i... bezdomni) czy może złej pogody.
W Vancouver spodziewać się można więcej deszczu niż śniegu ale kibiców i zawodników bardziej niż dobre samopoczucie oficjeli martwi to czy uda się rozegrać wszystkie zawody. Kanadyjczycy zapowiadają, że zawsze mogą zwieźć śnieg z wysokich gór, a w ostateczności pomóc może mieszkający w Kraju Klonowego Liścia irlandzki doktor Raymond McConville, który jest takim miłośnikiem białego puchu, że sam w ogródku produkuje śnieg, czyli towar, którego na rodzinnej "Zielonej Wyspie" nie uświadczy. A zamiast wydawać 30 tysięcy dolarów, zbudował własne działko i zawsze jest gotów wspomóc organizatorów.
Kłopotów ze śniegiem w śnieżnej Kanadzie raczej nie zobaczą tłumy Polaków. Tygodniowy wyjazd z naszego kraju na igrzyska to koszt rzędu 15 tysięcy złotych, czyli obejrzenie całej imprezy należy szacować na jakieś trzydzieści tysięcy. Kto zna języki i ma kasę choćby na przelot może jednak spróbować zatrudnić się jako wolontariusz - na razie nie udało się bowiem zebrać 25 tysięcy chętnych, bardzo dużo miejsc jest jeszcze wolnych. Co prawda preferowani są obywatele Kanady, ale jak ktoś chce poczuć tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę, zawsze może spróbować. Tylko trzeba pamiętać, że przyjezdnym grożą... sądy turystyczne. A więc, drodzy rodacy: nie kradnijcie, nie oszukujcie z kartami kredytowymi, nie palcie marychy, z prostytutek też lepiej nie korzystać, i najlepiej nie spożywać procentów, przynajmniej za kółkiem. U nas pewnie igrzyska byłyby weselsze. Eech, ten zgniły Zachód. Maciej Gaweł, Antyradio.
Dodaj do: