Kropka nad i
„Mam trzy kulki!" - tymi słowami Justyna Kowalczyk podsumowała niezwykle udany sezon. Zresztą, sformułowanie: "niezwykle udany" nie oddaje w pełni tego co osiągnęła polska biegaczka. Złoto, srebro i brąz na igrzyskach, zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata przy jednoczesnym triumfie w specjalnościach - dystansach i sprintach, co zdarza się niezmiernie rzadko, do tego zwycięstwo w wielce prestiżowym Tour de Ski - tego może nikt nie powtórzyć przez długie, długie lata. Faktycznie Kowalczyk jest sportowcem spełniony, wybitnym, a jednocześnie pozostaje człowiekiem, z zaletami, skazami i wadami.
Mam w pamięci obraz Adama Małysza z początkowego okresu "małyszomanii". Toż to był chodzący wzór cnót. Miły, grzeczny, uśmiechnięty, ułożony, na nikogo złego słowa, nawet wobec dziennikarzy cierpliwy. Domator, dobry mąż, wzorowy ojciec, słowem: ideał taki, ze nikt nawet nie zwracała uwagi na to, że z innej parafii. Małysz przez lata był postacią niemal bajkową, Justyna to człowiek, a raczej jak sama o sobie lubi mówić, baba z krwi i kości, do celu dążąca po trupach (a właściwie po własnym trupie, bo to ona sama zadaje sobie treningowe obciążenia o intensywności średniowiecznych tortur. Potrafi warknąć na ulubionego przecież trenera, potrafi zakpić z dziennikarzy, potrafi wreszcie wywołać skandal, no może awanturę, na najważniejszej imprezie.
Mi osobiście nie podobały się ataki na Marit Bjoergen, a już na pewno nie na igrzyskach, i nie w momencie gdy Kowalczyk oglądała plecy Norweżki. Gdyby Justyna powiedziała o wątpliwej jej zdaniem astmie po zawodach, albo chociaż w chwili gdy to ona miała na szyi złoty medal, sprawa wyglądałaby inaczej. A tak pozostał niesmak. Fakt, że i Bjoergen potrafiła się odciąć. Po przyłapaniu Kornelii Marek na dopingu z niekłamaną satysfakcją stwierdziła, że to dziwne, że taki przypadek zdarzył się akurat w polskiej ekipie. Może nie wiedziała, ze Kowalczyk trenuje poza kadrą, ale i tak sugestia była głupia. Druga sprawa, to pewność siebie Kowalczyk, która medale przyjmuje nie jako wielkie osiągnięcie, a coś na co zapracowała i należała się jej jak psu kość. Pewność siebie to pozytywna cecha sportowca, ale nie w nadmiarze. Życzę Kowalczyk, żeby zdobyła co najmniej tyle medali co Małysz, ale chciałbym też, żeby pamiętała o casusie Szymona Kołeckiego. Niezadowolony ze srebra igrzysk w Sydney, na następny krążek czekał osiem lat. Maciej Gaweł, Antyradio.
Dodaj do: