17.05.2016 14:41

Czy internet może się rozpaść?

Przez długi czas wierzono, że internet wprowadzi na świecie powszechny i równy dostęp do informacji, uniemożliwiając reżimom totalitarnym kontrolowanie wyrażanych w sieci poglądów i opinii. Jak pokazuje życie – optymiści się mylili.

Czy internet może się rozpaść?
foto: kaspersky.com

Pesymiści podsuwają wizję „splinternetu” – luźno powiązanych sieci komputerowych kontrolowanych przez dane państwo (a czasem nawet dostawcę), w których przepływ informacji pomiędzy poszczególnymi „wyspami” będzie ściśle monitorowany.

Ich funkcjonowanie będzie regulowane lokalnymi, odmiennymi przepisami, co może doprowadzać do legislacyjnej niekompatybilności i jeszcze większej niechęci do utrzymywania punktów wspólnych. Rozpad internetu na mniejsze sieci może nastąpić nie tylko z powodów politycznych lub militarnych – na przeszkodzie mogą stanąć także niewystarczające inwestycje w infrastrukturę telekomunikacyjną.

Korea samotną wyspą

Jedyną jak na razie krajową (może nawet powinno się ją nazywać narodową) siecią komputerową całkowicie niezależną od światowego internetu (nie ma żadnego punktu styku) jest funkcjonujący w Korei Północnej „Kwangmyong”.

Według doniesień, w sieci tej znajduje się kilka tysięcy stron przygotowanych i zatwierdzonych przez Koreańskie Centrum Komputerowe. Część z nich to tłumaczone badania naukowe, do których dopisano odpowiednie polityczno-propagandowe tło.

Dostęp do koreańskiej sieci jest darmowy, jednak nie ma ona zbyt wielu użytkowników – na własną linię telefoniczną, niezbędną do połączenia z zasobami Kwangmyong, mogą sobie pozwolić tylko nieliczni mieszkańcy kraju.

Nie oznacza to jednak, że Korea Północna nie jest aktywna w internecie – sponsorowani przez nią hakerzy łączeni się z internetowym skokiem na bank, który miał w założeniu przynieść nawet 1 mld dolarów łupu.

Chiński Wielki Mur

Na zupełne odcięcie się od świata nie mogą sobie pozwolić Chiny, które na produkcji i handlu z Zachodem wypracowały pozycję mocarstwa. Zamiast tego kraj wprowadził radykalne rozwiązania kontrolujące przepływ informacji pomiędzy chińską częścią internetu a światem zewnętrznym.

Dostęp do wielu zachodnich serwisów jest mocno reglamentowany – Chińczycy mogą albo przeglądać lokalne wersje Facebooka, Twittera, YouTube’a czy Vimeo, albo pogodzić się z koniecznością korzystania z rozwiązań typu VPN (wprowadzonych ostatnio między innymi przez Operę).

Jak podaje Kasperky, ruch pomiędzy chińską infrastrukturą a internetem odbywa się za pomocą trzech głównych bram sieciowych. Wszystkie przechodzące przez te punkty dane są kopiowane i sprawdzane przez rząd, co znacznie spowalnia szybkość przysyłania danych.

Cenzura internetu realizowana jest sprzętowo, dzięki zaporom sieciowym filtrującym przechodzący przez nie ruch. Specjaliście nazywają system – stworzony zresztą przy wydatnej pomocy amerykańskich firm – Wielkim Murem 2.0, nawiązując do nazwy firewall.

Dławiona wolność w Indiach

Problemy z infrastrukturą znane są do dziś mieszkańcom niektórych małych miejscowości w Polsce – operatorom często nie opłaca się tworzyć łącza dla jednego użytkownika. Na szczęście konkurencja jest na tyle duża (a zasięg sieci komórkowej tak dobry), że w praktycznie każdym miejscu w naszym kraju można zamówić dostęp do internetu – co można sprawdzić na udostępnionej przez UKE specjalistycznej wyszukiwarce.

Mniej szczęścia mają według Kaspersky'ego mieszkańcy Indii, którzy muszą borykać się nie tylko z niedoinwestowaną infrastrukturą, ale także wynikającą z tego faktu polityką dławienia przepustowości (znanego u nas pod postacią „lejka”). W rezultacie pobieranie danych z internetu jest tak wolne, że na załadowanie się przeciętnej witryny trzeba czekać kilka minut.

Nie jest to równoznaczne z odcięciem obywateli od dostępu do informacji – teoretycznie mogą ją pobrać – w praktyce jednak nie zawsze się to udaje.

Wypadki i sabotaże

Kształt sieci szkieletowych łączących poszczególne kraje sprawia, że czasem potrzeba naprawdę bardzo niewiele, żeby odciąć całemu państwu dostęp do internetu.

W 2011 roku taki wyczyn udał się 75-letniej Gruzince, która podczas poszukiwania kabli miedzianych przypadkiem przecięła kabel światłowodowy odpowiedzialny za 99% ruchu wymienianego ze światem przez Armenię. Jako bonus udało się tym samym ruchem odciąć także część terytorium Gruzji oraz Azerbejdżanu.

Jak podaje Kaspersky, nie było to pierwsze takie zdarzenie. Spokój pechowemu kablowi zakłócały nie tylko osoby poszukujące metali kolorowych, ale także… amatorzy ziemniaków. Warto podkreślić, że światłowód został całkiem porządnie zabezpieczony - położono go w tunelu podziemnym wykopanym równolegle do linii kolejowej. Problem w tym, że występujące okresowo silne opady deszczu potrafią go odkryć.

W 2013 roku w Egipcie trzech poszukiwaczy metali kolorowych odcięło kawałek kabli biegnących pod wodą. W wyniku tego prędkość internetu w kraju spadła o 60%. Podobny przypadek miał miejsce w pobliżu wybrzeża Aleksandrii w 2008 roku, a odczuły go Egipt, Indie, Pakistan i Kuwejt.

Odcięcie od światowego internetu było także skutkiem ataków hakerów – przytrafiło się to między innymi Estonii i Turcji.

Stopniowe odbieranie wolności?

Czy internet wolnych i demokratycznych krajów zachodniej cywilizacji może rozpaść się na kawałki? Nie jest to wykluczone – działania niektórych państw pokazują, że jest to całkiem prawdopodobny scenariusz. Pod niektórymi względami rozpad jest obecny już dziś, co zawdzięczamy między innymi nastawionym na maksymalizację zysków korporacjom.

Wirtualna sieć prywatna, w Chinach stanowiąca okno na świat, w Polsce może być przydatna osobom szukającym dostępu do treści, które z jakichś powodów zostały objęte geoblokadą. Taką strategię działania prezentuje Netflix, którego oferta w Polsce obejmuje zaledwie 20% filmów i seriali, które mogą obejrzeć Amerykanie.

Zarządzanie prawami autorskimi sprawia, że już teraz multimedialna (i legalna) zawartość internetu jest mocno sfragmentowana. Nic więc dziwnego, że Polscy internauci wola płacić za dostęp do filmów piratom - mają tam zdecydowanie pełniejszą ofertę.

Podobne rezultaty może przynieść nadużywanie zapisów prawa. W szykowanej z okazji Światowego Dnia Młodzieży ustawie antyterrorystycznej znajdują się – obok wprowadzenia konieczności rejestrowania kart SIM w używanych w usłudze pre-paid – zapisy przewidujące możliwość odcięcia od internetu „systemu teleinformatycznego”.

Odpowiednio zinterpretowany przepis pozwoli na zamykanie stron internetowych – w teorii można nawet pokusić się o wyobrażenie sobie sytuacji, w której Polacy tracą dostęp do Facebooka. To właśnie chęć kontrolowania sieci przez władze stanowi największe niebezpieczeństwo dla ogólnoświatowego internetu.

Michał Tomaszkiewicz
Tagi: #Internet