03.06.2016 11:51

Aleksander Doba przegrywa ze sztormem i przerywa swoją wyprawę

To już pewne: słynny kajakarz Aleksander Doba przerywa wyprawę przez Atlantyk. Silne sztormowe fale wyrzuciły jego kajak na brzeg Półwyspu Sandy Hook. Sprzęt jest uszkodzony.

Aleksander Doba
Foto: Facebook

Podróżnikowi na szczęście nic się nie stało. Jak zapewnia jego manager, Aleksander Doba jest tylko lekko poobijany i przybity, ale w zdecydowanie lepszej formie niż jego kajak.

Silne fale wywróciły dwukrotnie kajak, a potem wypchnęły go na plaże. Podczas wypadku zostały uszkodzone systemy łączności. Szybka naprawa nie jest możliwa.

"

- O pierwszej w nocy zobaczyłem z lewej strony tworzącą się falę. Nawet nie taką dużą, miała około metra, ale rosła dynamicznie. Za chwilę uderzyła w kajak i przewróciła go. Po niej przyszła następna i po raz drugi obróciła kajak. Podczas pierwszej fali przybojowej wypadłem z kajaka, podczas drugiej skotłowało mnie już całkiem pod kajakiem – tak relacjonuje swoje powitanie z Atlantykiem Aleksander Doba. "

Trzeciej wyprawy przez Atlantyk w tym roku już nie będzie. Aleksander Doba z oceanem chce zmierzyć się za rok i w Lizbonie uczcić swoje 71. urodziny.

Relacja menadżera Aleksandra Doby:

"

Piotr Chmieliński Waszyngton, 2 czerwca 2016

To niestety koniec Trzeciej Transatlantyckiej Wyprawy Kajakowej Aleksandra Doby. Wypadek, jakiego doznał kajakarz już na wodach oceanu, zmusił go do rezygnacji z dalszej podróży.

- O pierwszej w nocy zobaczyłem z lewej strony tworzącą się falę. Nawet nie taką dużą, miała około metra, ale rosła dynamicznie. Za chwilę uderzyła w kajak i przewróciła go. Po niej przyszła następna i po raz drugi obróciła kajak. Podczas pierwszej fali przybojowej wypadłem z kajaka, podczas drugiej skotłowało mnie już całkiem pod kajakiem – relacjonuje swoje powitanie z Atlantykiem Aleksander Doba. Powitanie i....pożegnanie zarazem.

Po wielu godzinach oczekiwania na choć chwilową poprawę warunków pogodowych umożliwiających wpłynięcie na otwarty ocean, późnym wieczorem we wtorek 31 maja Olek wyruszył ze swojego przyczółka w zatoce Lower Bay, minął półwysep Sandy Hook i wreszcie znalazł się na wodach Atlantyku. Niestety, nie zdążył jeszcze odpłynąć na tyle daleko od lądu, by uniknąć zagrożenia, jakie dla kajakarzy w tym obszarze stwarzają niekorzystne wiatry.

- To koniec wyprawy – oznajmił mi Olek przez telefon, mówiąc jakby nie swoim głosem, przytłumionym i bezdźwięcznym. – Proszę, przyjedź i ściągnij mnie z plaży parku Sandy Hook.

Kilka godzin później, wraz z moim synem Alexem, dotarliśmy na miejsce katastrofy, gdzie czekali już na nas moi przyjaciele z Nowego Jorku, Luis Muga z żoną Dorotą. Zastaliśmy Olka pracującego intensywnie nad usuwaniem wody z kajaka, tak mocno skupionego na tej czynności, że wręcz nieobecnego. A jednocześnie przygaszonego, skurczonego, pewnie i obolałego, choć nawet o tym nie wspomniał. Najważniejsze jednak, że całego i zdrowego.

Z pomocą przypadkowo spotkanej grupy studentów, policjanta Richarda oraz Johna Wylie’a, właściciela przedsiębiorstwa konstrukcyjnego, który użyczył nam swojego podnośnika, załadowaliśmy „OLO” na przyczepę i wróciliśmy do Waszyngtonu.

Jeszcze w czasie podróży z Nowego Jorku Olek, ochłonąwszy nieco po wypadku, miał nadzieję, że może jednak uda mu się wrócić na ocean, że po naprawieniu kilku uszkodzonych elementów i urządzeń oraz wysuszeniu wszystkiego, co przemokło podczas dwukrotnej przewrotki kajaka, wyruszy ponownie za kilka dni. Teraz już wiadomo, że nie będzie to możliwe.

To jednak nie znaczy, że Olek rezygnuje z wyprawy. Zamierza przepłynąć Atlantyk po raz trzeci w przyszłym roku i w Lizbonie uczcić swoje 71. urodziny.  "

Tagi: #Świat