30.04.2018 17:41

Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Jedna z największych zagadek w historii Rosji

Dziewięcioro uczestników górskiej wyprawy zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Co ich zabiło? Eksperyment z superbronią Armii Radzieckiej, atak yeti, a może interwencja UFO? Po niemal 60 latach wciąż nie doczekaliśmy się jednoznacznego wyjaśnienia tragedii.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Jedna z największych zagadek w historii Rosji
foto: Wikimedia Commons/domena publiczna

Rosja to kraj wielu tajemnic. Olbrzymie terytorium tego państwa do dziś nie zostało w pełni poznane i skrywa wiele zagadkowych miejsc. W dodatku władze rosyjskie, czy wcześniej sowieckie nigdy nie były zbyt skłonne do dzielenia się z obywatelami swoimi sekretami. Aura tajemnicy szczelnie okrywa zatem wiele incydentów, do których doszło na ziemiach Matuszki Rosiji. Jednym z nich jest tragedia na Przełęczy Diatłowa.

Przełęcz znajduje się na wschodnim stoku góry Chołatczachl w obwodzie swierdłowskim w Federacji Rosyjskiej. Góra stanowi jedno ze wzniesień pasma Uralu – jest to miejsce odludne i zdecydowanie niegościnne dla turystów.

Mimo wszystko, w styczniu 1959 roku postanowiła odwiedzić jej okolice grupa dziesięciorga studentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku (obecnie Jekaterynburg). Było wśród nich ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Przywódcą wyprawy był Igor Diatłow, 23-letni student Wydziału Radiotechnicznego. Głównym celem ekspedycji było zimowe zdobycie uralskich szczytów Otorten i Ojka-Czakur. Wszyscy członkowie grupy byli wytrawnymi alpinistami i doskonale wiedzieli, że ich przedsięwzięcie nie będzie należało do łatwych.

Wyprawa ruszyła 23 stycznia 1959 ze Swierdłowska. Studenci mijali coraz bardziej odludne okolice, zamieszkałe głównie przez ugrofińskich Mansów. Trzy dni po rozpoczęciu podróży dotarli do ostatniej zamieszkanej osady na swojej trasie, w której spotkali jedynie garstkę drwali i naukowców. 27 stycznia od ekspedycji odłączył się 21-letni student, który zachorował i wrócił do miejscowości Wiżaj. Pozostała dziewiątka ruszyła dalej pieszo.

Początkowy przebieg wyprawy znamy z zapisków, jakie poczynili podróżnicy. 31 stycznia osiągnęli granicę lasu, a w tym miejscu pozostawili zapasy żywności. Pierwszego dnia lutego wkroczyli na zbocze Chołatczachl. W języku Mansów znaczy to „Martwa Góra” - zabobonni tubylcy już dawno zaobserwowali, że nie rosną na niej żadne drzewa ani nigdy nie widuje się na niej zwierząt.

Góra nie była przewidziana w planie wyprawy. 1 lutego mocno popsuła się pogoda i alpiniści byli zmuszeni ominąć górską przełęcz, więc na zboczu Martwej Góry postanowili poczekać na lepsze warunki pogodowe. I tu kończą się fakty, a zaczynają domysły.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa - co się stało?

Przez kilkanaście dni nikt nie otrzymał żadnych wieści od grupy ekspedycyjnej. Miała ona wrócić do Wiżaju 12 lutego, ale tak się nie stało. Po uporczywym błaganiu rodzin studentów, uczelnia zorganizowała wyprawę ratunkową. 26 lutego jej członkom udało się znaleźć namiot alpinistów. Zastanawiające było, że nożem rozcięto jedną z jego ścian. Wykazano, że rozcięcia dokonano od wewnątrz. Trzeba pamiętać, że w lutym na Uralu panują warunki bardzo surowe – na dworze było od -15 do -18 stopni Celsjusza.

Jeszcze większe zaskoczenie przeżyli poszukiwacze, gdy na skraju lasu odkryli ciała zaginionych studentów. Oczywiście spodziewali się, że po tylu dniach znajdą ich martwych, ale nie, że będą oni boso i ubrani jedynie w bieliznę! W takim stanie znaleziono ciała dwóch mężczyzn.

Następnie poszukiwacze odkryli również szczątki ogniska. Kilkaset metrów od lasu w śniegu znaleziono ciała dwóch mężczyzn i kobiety. Cała piątka zmarła z wyziębienia, a jedna z osób miała pękniętą czaszkę. Nie znaleziono jednak żadnych śladów walki, ani nawet krwi. Dopiero po kilku tygodniach, 4 maja udało się odnaleźć pozostałe trzy ciała w położonym nieopodal jarze. Jeden z mężczyzn miał roztrzaskaną czaszkę, a mężczyzna i kobieta zmiażdżone klatki piersiowe i połamane żebra. Dodatkowo ich ubrania były nadpalone, a kobieta nie miała języka. Osoby, które brały udział w pogrzebach zmarłych podróżników relacjonowały później, że ich skóra miała osobliwie żółty bądź pomarańczowy odcień, a wszystkie włosy były siwe.

Przeprowadzone śledztwo nie zdołało przekonująco wyjaśnić, co właściwie – i kiedy – wydarzyło się na obszarze, na cześć przywódcy wyprawy nazwanego później przełęczą Diatłowa. Zbadanie śladów wykazało jednak, że studenci w pewnym momencie musieli nagle opuścić namiot. Ślady rozbiegały się w różnych kierunkach, co wskazywało na wybuch paniki.

Ślady prowadziły do odległego o półtora kilometra drzewa na krawędzi lasu. W tym miejscu rozpalono ognisko, wokół którego uczestnicy wyprawy przebywali przez jakieś 2 godziny. Z drzewa odłamano gałęzie do wysokości 4 metrów (kto się tak wysoko wspiął?), a na jego korze odkryto ślady krwi i mięsa. Jeszcze bardziej osobliwe było znalezisko około 20 małych drzewek, ściętych nożem i złożonych w formie prostokąta w leśnym jarze. Trudno było się dopatrzyć jakiegokolwiek sensu tego działania.

Próbowano zrekonstruować przebieg wydarzeń na przełęczy Diatłowa. Prawdopodobnie w pewnym momencie coś obudziło i śmiertelnie przeraziło śpiącą w namiocie grupę, która rozcięła namiot i tak jak spała, czyli w bieliźnie i bez butów, pobiegła na krawędź lasu. Tam zapewne próbowała rozpalić ognisko, ale sześciu uczestników wyprawy zamarzło. Prawdopodobnie pozostali przy życiu starali się jakoś powrócić do namiotu, ale być może nie mogli znaleźć już drogi. W jaki sposób zginęli, nie wiadomo. Być może w ciemności wpadli do jaru, ale ich obrażenia przypominały raczej obrażenia ofiar wypadku samochodowego.

Przyczyny tragedii na Przełęczy Diatłowa

Wieści o tragedii rozniosły się po całej okolicy. Władze radzieckie zamknęły akta śledcze klauzulą na 50 lat. Oficjalnie twierdziły, że studenci zginęli w wyniku działania nieznanej siły, co oczywiście otworzyło pole do spekulacji. Wielu obserwatorów twierdziło, że zimą 1959 roku rzeczywiście widywało na Uralu niezwykłe kule światła. Sprawa tragedii na przełęczy Diatłowa żywo interesuje zatem badaczy UFO.

Zwolennicy wojskowych teorii spiskowych przekonują natomiast, że doszło tam do eksperymentu z nieznaną bronią z sowieckiego arsenału, czego dowodzić ma objęcie akt sprawy klauzulą tajności, a także kolor skóry nieboszczyków, który rzekomo wskazywał na napromieniowanie. Trzeba jednak pamiętać, że najbliższe lotnisko znajdowało się w Swierdłowsku, a zasięg tamtejszych samolotów był zbyt mały, by mogły dolecieć do przełęczy.

Były też oczywiście wyjaśnienia bardziej przyziemne, takie jak atak Mansów lub dzikich zwierząt bądź gwałtowne nadejście lawiny. Nie ma jednak na to żadnych dowodów – w miejscu obozowiska nie powinna zdarzyć się lawina, a jak wiemy, w tamtych okolicach trudno o spotkanie z dużym zwierzęciem, a tym bardziej człowiekiem. Mike Libecki, amerykański podróżnik, w swoim filmie „Zagadka rosyjskiego Yeti” twierdzi, że podróżników zabiło duże humanoidalne zwierzę, ale pamiętajmy, że ciała nie nosiły żadnych śladów walki ani przemocy. Działaniem natury tragedię chciał wytłumaczyć także pisarz Donnie Eichar, który twierdzi, że wiatr wiejący w skałach wytworzył infradźwięki, które doprowadziły studentów – dosłownie – do szału.

Po niemal 60 latach nadal nie wiemy nic pewnego o incydencie z rosyjskiej głuszy. Tajemnicze miejsce wciąż przyciąga jednak odważnych turystów, ku utrapieniu lokalnych władz. Co jakiś czas dochodzi do zaginięć śmiałków w okolicach Otortenu. Większość z nich nie powraca już z tego rzeczywiście przeklętego obszaru.

Archiwum Tajemnic Antyradio.pl - tajemnicze miejsca

Świat pełen jest niesamowitych miejsc, skrywających przerażające sekrety. W Rosji aura tajemnicy okrywa wielkie połacie Syberii, gdzie doszło do wielu niewyjaśnionych incydentów. Ale żeby odnaleźć tajemnicze miejsca, nie trzeba ruszać się z Polski. Swoje zagadki ma chociażby Kraków.

Maciej Koprowicz
Tagi: #adrenalina #Archiwum Tajemnic