Robert Plant

Robert Plant

Wskrzeszając w swych utworach folk, blues oraz psychodeliczne klimaty zademonstrowali, iż klasyka zawsze może podsunąć świeże pomysły, po czym wzbogacili te style przy pomocy azjatyckich pobrzdękiwań oraz hard rocka. A sam Plant, długowłosy idol z czasów świetności Led Zeppelin, stał pośrodku tego eklektycznego zamieszania, jak magik w nadprzyrodzony sposób sprawujący kontrolę nad różnymi przedmiotami.

Nawet echa twórczości The Cure są słyszalne w tej muzyce, dzięki obecności byłego gitarzysty tego zespołu, Porla Thompsona. Do ich pierwszego kontaktu doszło w 1995, kiedy to Plant przyłączył się do Jimmy’ego Page’a w związku z trasą koncertową „No Quarter”.

„Projekt ‘No Quarter’ stanowił bardzo ważną chwilę w mym życiu” – wspomina Plant – „ponieważ stał się źródłem natchnienia, będąc jednocześnie czymś szalenie wzruszającym, gdyż mogliśmy bez obciążenia odkryć przeszłość na nowo”.

Chęć do muzycznych poszukiwań nigdy nie opuściła Planta. Zdając sobie sprawę z tego, że nic nie przesłoni jego osiągnięć z przeszłości, zawsze dostępnych w zasięgu ręki dla kogoś, kto chciałby się z nimi zapoznać, jednocześnie cieszy się swobodą, jaką zapewnia sukces. Jest zdolny do tego, by zostawić za sobą wszystko i zaczynać od nowa. „Moja muzyka musi stanowić wierne odzwierciedlenie tego, dokąd zmierzam w danej chwili”.

Od chwili opuszczenia zespołu Led Zeppelin w 1980 wydał wiele albumów solowych, często robiących wielkie wrażenie, a zawsze interesujących, jak choćby wydany w 1990 roku „Manic Nirvana” czy wciągający słuchacza „Fate Of Nations” z roku 1993. Tym razem w swoich zamierzeniach postanowił być bardziej spontaniczny, pozwolić sobie na możliwość większej improwizacji. Do zrealizowania tego celu musiał znaleźć muzyków, którzy by zrozumieli zarówno jego muzyczną przeszłość, jak i chęć podążania w kierunku nieprzewidywalnym dla nikogo. Źródła tego, co znajdzie się na nowej płycie, można przypisać wiec „Robertowi Plantowi i jego muzykom”, gdyż to określenie najlepiej określa hierarchię występującą w tym związku.

Do współpracy z Thompsonem oraz swym wieloletnim towarzyszem, basistą Charlie Jonesem, Plant zatrudnił także perkusistę Clive’a Deamera (który wcześniej grał z tak różnymi artystami, jak Roni Size i Portishead czy Jeff Beck i Dr John), grającego na instrumentach klawiszowych aranżera sekcji smyczkowych Johna Baggotta (wyróżnionego nagrodą Grammy kompozytora muzyki filmowej, współpracującego również z takimi artystami, jak Portishead, Massive Attack czy Tom Jones) oraz gitarzystę Justina Adamsa, którego zespół The Wayward Sheikhs czerpie inspiracje z muzyki afrykańskiej i bluesa. Dla Roberta Planta, człowieka dociekliwego, powstały z tych muzyków zespół zapewnia doskonały grunt dla jego poszukiwań.

Jeśli chodzi o dobór repertuaru, miłość Roberta Planta do bluesa zawsze łączyła się z jego entuzjazmem do folk–rocka z lat sześćdziesiątych oraz wielobarwnych eksperymentów, od jakich roiło się na amerykańskim Zachodnim Wybrzeży w psychodelicznej erze. „W tamtych czasach na jednym koncercie spotykały się niesamowite zespoły: Pacific Gas And Electric, It’s A Beautiful Day, Jefferson Airplane, Led Zeppelin, John Lee Hooker i Jerry Lee Lewis. Ludzie leżeli sobie na podłodze, a my stanowiliśmy hałaśliwy podkład pod ich stan umysłu.”

Wyzwaniem przyświecającym nowemu muzycznemu projektowi było uchwycenie oryginalnego ducha muzyki, po czym stworzenie na takiej podstawie czegoś świeżego, nieoczekiwanego. Plant wchodził w ten proces stopniowo. Jego zamiarem było uciec od wielkich koncertów oraz oczekiwań, jakie wiążą się z kimś o statusie mega - gwiazdy. „Chciałem podejść do tego na spokojnie, bez ogromnych oczekiwań czy ekipy koncertowej; zwyczajnie dać na luz i pośpiewać piosenki, póki jeszcze mogę śpiewać”.

„Moim zdaniem możemy zmierzać w dowolnym kierunku” – rozważa Plant – „Nie wiem, czy jest dla mnie miejsce w ramach współczesnej pop – kultury, lecz wiem o istnieniu energii tkwiącej w tej muzyce i stylu, energii, za którą warto podążać, by odkryć, co będzie dalej”.

Nikt nie może przewidzieć, dokąd w swych podróżach może zawędrować Robert Plant, niemniej słuchając albumu „Dreamland” oczywistym się staje, iż możliwościom dalszych mistycznych eksploracji nie ma końca. Trzeba się o tym przekonać samemu.

(źródło: universalmusic.pl)

Robert Plant – Dyskografia

  • Carry Fire Nazwa płyty Carry Fire
  • lullaby and... Caseless Roar Nazwa płyty lullaby and... Caseless Roar