04.05.2016 18:03

Mój pierwszy raz z „Gwiezdnymi wojnami”

Z okazji Dnia Gwiezdnych wojen redakcja Antyradio.pl opisała swoje wspomnienia związane z pierwszym seansem kultowego dzieła. Swoimi osobistymi doświadczeniami podzielili się Jakub Gańko, Justyna Kierzkowska, Michał Tomaszkiewicz i Robert Skowroński.

Mój pierwszy raz z „Gwiezdnymi wojnami”
foto: materiały prasowe

Kiełbasa krakowska, apokalipsa na Endorze i stare kasety wideo

Może się to wydawać równie nieprawdopodobne, co koncert Kurta Cobaina w Sosnowcu, ale moje pierwsze wspomnienie „Gwiezdnych wojen” wiąże się z... kiełbasą krakowską. Pamiętam, kiedy w lokalnym sklepie pojawił się zalew nowych figurek, których nie byłem w stanie skojarzyć z żadną modną wówczas kreskówką. Dopiero ojciec wyjaśnił mi, że to „Gwiezdne wojny” i kupił mi mojego pierwszego lorda Vadera, na dodatek od razu w komplecie z mieczem świetlnym. Nie znałem jeszcze jego historii, musiała mi więc wystarczyć pozycja, jaką nabiła pani w kasie, nie mająca go jeszcze w systemie - kiełbasa krakowska.

Potem już poszło z górki... Obok lorda Vadera pojawił się szereg innych figurek, pod lampą zawisł Tie Fighter, nie zabrakło oczywiście nieśmiertelnych tazosów z chipsów, komiksów, książek... Do tych ostatnich nie miałem szczęścia - zacząłem wyjątkowo niefortunnie od pozycji „Kryształowa gwiazda”, powszechnie uznawanej za absolutnie najgorszą szmirę osadzoną w gwiezdnym uniwersum. To nieco zahamowało mój literacki zapał i kultową „trylogię Thrawna” pióra Timothy'ego Zahna czy „Cienie Imperium” poznałem znacznie, znacznie później.

A same filmy? Klasyczną trylogię dostałem pod choinkę na poczciwych kasetach VHS, które do dziś zajmują honorowe - aczkolwiek już tylko ozdobne - miejsce na półce:

„Gwiezdne wojny” to jedno z moich najżywszych wspomnień dzieciństwa i jednocześnie jedno z nielicznych, które się nie zestarzało. Powrót do tych filmów za każdym razem wywołuje te same emocje. Dzięki licznym wznowieniom nie trzeba przymykać oczu na efekty, które nie robiłyby już takiego wrażenia, a opowiedziana w nich historia łączy tyle uniwersalnych motywów, że będzie rozumiana na całym świecie. To również przebogate uniwersum, w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Do dziś zdumiewa mnie, że znalazło się w nim zarówno spektakularne rozwinięcie historii robota, który pojawił się w „Nowej nadziei” na kilkadziesiąt sekund (mam tu na myśli komiks „Skippy: Robot Jedi”), jak i... przetworzenie „Jądra ciemności” z Macem Windu w roli głównej (książka „Punkt przełomu” Matthew Stovera). Niezaznajomionym polecam również krótką „Apokalipsę na Endorze”, która wywraca do góry nogami postrzeganie sympatycznych Ewoków oraz „Opowieści z kantyny Mos Eisley”, czyli doskonały przykład na literackie rozbudowanie słynnej sceny o splatające się w tym samym momencie historie.

Tak samo fascynująca jak same „Gwiezdne wojny” jest historia ich powstania. Dziś mało kto pamięta, że pierwsze testowe seanse były kompletną porażką i gdyby nie gruntowne przemontowanie filmu (oraz uzupełnienie go o wstępną narrację Briana De Palmy), być może okazałyby się dokładnie tak spektakularną klapą, jaką wszyscy im wróżyli. To również historia zagubienia samego George'a Lucasa, który wpierw zrewolucjonizował cały przemysł filmowy i techniki efektów specjalnych, a następnie zaprzedał im duszę, tworząc odrealnione, wygenerowane na komputerach potworki.

Dokąd to słynne uniwersum poprowadzi Disney? „Przebudzenie Mocy” pozwala optymistycznie założyć, że jeszcze w wiele wspaniałych miejsc.

Jakub Gańko

Tagi: Duperele Gwiezdne wojny