23.03.2016 15:12

Wszystkie grzechy polskich dystrybutorów filmowych

Dzięki nim kolejne dzieła trafiają na nasze ekrany, ale przy okazji stosowane są różne sztuczki mające na celu złapanie na haczyk potencjalnych widzów. Czym wabią nas dystrybutorzy filmowi?

Wszystkie grzechy polskich dystrybutorów filmowych
foto: materiały prasowe

Przedstawiliśmy już Wam zestawienie najgorszych polskich tłumaczeń tytułów filmów. Przy niektórych można było złapać się za głowę lub też po prostu parsknąć śmiechem. Zaznaczyliśmy jednak, że choć to wszystko mogłoby się wydawać winą tego, że komuś się po prostu nudzi i przekłada nazwy dzieł tak jak mu się podoba, to w rzeczywistości jest to dobrze przemyślana strategia.

Gdy napisaliśmy o nowym zwiastunie „Kapitana Ameryki: wojny bohaterów” w komentarzach pojawiło się oburzenie, na które szybko udzieliliśmy odpowiedzi:

1

Doszliśmy jednak do wniosku, że sprawa wymaga głębszego przedstawienia.

Obarczanie tłumacza odpowiedzialnością za takie, a nie inne polskie tytuły, byłoby co najmniej niesprawiedliwe. Decyzję podejmuje dystrybutor. Ten często przygotowuje kilka alternatywnych wersji przedstawianych następnie producentowi, który ostatecznie wskazuje swój typ mający wylądować na plakatach zalewających ulice. Do tego procesu dochodzi niekiedy na długie miesiące przed premierą dzieła.

Ustalanie tytułu filmu w danym kraju wymaga niekiedy nawet kontaktu z samym twórcą obrazu. Steven Spielberg życzył sobie, aby jego „Raport mniejszości” widniał na afiszach w naszym kraju jako „Raport specjalny”, a to dlatego, że „mniejszość” kojarzyła mu się z mniejszościami etnicznymi i narodowościowymi. Batalię ostatecznie udało się wygrać.

Nie ma się co kryć z tym, że dystrybutorzy starają się chwytliwym tytułem ściągnąć ludzi do kin. Bondowski obraz „Quantum of Solace” w Polsce wszedł na ekrany w lekko podrasowanej wersji, czyli „007 Quantum of Solace”. Jak bądź dzieło o Agencie Jej Królewskiej Mości było wyczekiwaną pozycją, to trzeba dodać, że to dopiero drugie wcielenie się w Jamesa Bonda przez Daniela Craiga. Nie każdy musiał od razu kojarzyć aktora z tą postacią, dlatego do tytułu dodano 007, aby potencjalni widzowie nie mieli już żadnych wątpliwości. Na podobny zabieg zdecydowali się zresztą Niemcy, gdzie film wprowadzono jako „James Bond 007 Quantum of Solace”.

Oczywiście bywają przypadki, gdy mamy do czynienia z idiomem lub grą słów, nie mającymi swoich odpowiedników w języku polskim. Wówczas rzeczywiście trzeba szukać alternatywnych rozwiązań, np. „The Nut Job”, to u nas „Gang Wiewióra”. A co do gry słów... w te wdają się także polscy dystrybutorzy. „Rybki z ferajny” to zgrabne nawiązanie do dzieła Martina Scorsese, choć w oryginale tytuł animacji to „Shark Tale”, czyli tyle co „Rekinie opowieści”.

Zupełnie osobną kategorią można by było uczynić gatunek komedii romantycznych i filmów z silnie zarysowanym wątkiem miłosnym. W tym przypadku liczy się nacechowanie tytułu znaczeniami kojarzącymi się z motylami w brzuchu czy szybciej bijącym sercem lub wspólnym wylądowaniem w łóżku. Kim do cholery jest „Tamara Drewe”? Kto na to pójdzie? Ale „Tamara i mężczyźni” może już przywołać pewne skojarzenia, tak samo jak „Wypisz, wymaluj... miłość” zamiast „Words and Pictures” („Słowa i obrazy”). Z kolei „Sex Story” brzmi dużo pikantniej i atrakcyjniej niż „No Strings Attached”, a „Żona na niby” intryguje bardziej niż enigmatyczne „Just Go with It” (tyle co „Daruj sobie”).

Każdy lubi to co już zna. Marketingowe zagrywki dystrybutorów wykorzystały też ten fakt, dlatego niektóre filmy nawiązują do innych znanych dzieł, programów telewizyjnych itp. Francuskie „Supercondriaque” to u nas „Przychodzi facet do lekarza” (gra słów odnosząca się do znanego powiedzenia). Komedia z Adamem Sandlerem, „Blended”, zaistniała u nas jako „Rodzinne rewolucje” (ukłon w stronę Magdy Gessler), a „Fading Gigolo” to „Casanova po przejściach” (kto by nie znał słynnego amanta?).

Sprawę skomentował jeden z pracowników polskiej dystrybucji, który pragnie zachować anonimowość:

"

Jeśli oryginalny tytuł da się przełożyć i ma sens, zostaje dosłowne tłumaczenie. W innym razie dział promocji główkuje nad czymś bardziej nośnym, czasem dobrze jak nawiązuje do jakiegoś innego znanego tytułu, bo budzi dobre skojarzenie. Liczy się oryginalność, łatwość w zapamiętaniu. Czasem coś wpadnie do głowy od razu, czasem powstaje kilka wersji. Ostateczny głos ma zawsze prezes. Sam tytuł nie jest tak istotny jak cała kampania reklamowa i charakter promocji. Dzisiaj filmy sprzedaje się głównie nazwiskami aktorów albo reżyserów i gatunkiem. Kto więcej wpakuje kasy w promocję, będzie miał większe wyniki. Tylko Gutek Film potrafi zrobić coś z niczego. Na teoretycznie mało znanych tytułach robi lepsze wyniki niż średni a czasem najwięksi gracze. "

Na co jeszcze bywamy nabierani?

Plakat (nie)prawdę ci powie

Sidła zostają też zastawione na plakatach filmów. Przykładem pierwszym z brzegu niech będzie wspomniany już obraz „Casanova po przejściach”. Napis na grafice krzyczy „Woody Allen najzabawniejszy od lat!”. Serce się raduje, że Nowojorczyk nakręcił wyborną komedię. To trzeba będzie zobaczyć. Ale zaraz, zaraz. To film w reżyserii Johna Turturro, a twórca „Annie Hall” pojawia się tam tylko jako aktor. Daliście się złapać?

Równie częstym zabiegiem jest umieszczanie na plakatach porównań do innych dzieł, choć te często mają niewiele wspólnego z fabułą wprowadzanego do dystrybucji tytułu. Jednak jeżeli dany film miał szansę zapisać się w pamięci odbiorców, to czemu by się na niego nie powołać? Podobnie jest z umieszczaniem na plakatach nazwisk znanych twórców i mianowanie ich „twórcami”, choć w rzeczywistości pracowali przy danym filmie wyłącznie jako producenci. Klasyczne jest też chwalenie się nagrodami jakie otrzymał dany obraz - często są to tylko nominacje, ale ten jakże mało istotny fakt jest z reguły odnotowywany mniejszą czcionką. Jeżeli w danym dziele występuje znany aktor to już połowa sukcesu w przyciągnięciu widzów. Znane nazwiska działają jak magnes, dlatego warto je promować na plakatach, nawet jeżeli dany artysta zagrał tylko epizodyczną rolę.

Przykłady podobnego naciągania faktów można mnożyć, a oto kilka z nich:

Ofiarami manipulacji stajemy się też przy wydaniach DVD filmów. Na odwrocie pudełek umieszczane są krótkie fragmenty recenzji. Krzyczą z nich ekstatyczne, zachęcające, mające działać jak zaklęcie slogany z zagranicznych mediów, ale też polskich. Nie zawsze dystrybutorzy powołują się na nazwiska autorów, częściej na dane portale, gazety czy magazyny, a wybierane są co bardziej łakome kąski. Jeżeli ogólny wydźwięk tekstu danego recenzenta jest negatywny, to przecież i tak można wyrwać z kontekstu przydatny fragment. Na polskim wydaniu DVD filmu „Chłopak z sąsiedztwa” czytamy:

"

 Karze męża za chwilę słabości, sama stając się ofiarą własnego braku rozsądku. "

316883033_2_1000x700_chlopak-z-sasiedztwa-dvd-nowy-folia-dodaj-zdjecia_rev003

Brak tu jakiejkolwiek oceny, to po prostu chwytliwy opis zwiastujący trzymający w napięciu thriller. Nie ma w tym nic złego, ale autor tych słów, Marcin Pietrzyk, choć ocenił film dość pozytywnie, to stanowczo napisał w swojej recenzji:

"

Muszę jednak wyraźnie podkreślić: „Chłopak z sąsiedztwa” nie jest dobrym filmem. Należy go przypisać do kategorii „wstydliwych przyjemności”, bo nawet świadomość obcowania z przeciętną produkcją nie zmienia faktu, że miło się go ogląda. "

Polscy dystrybutorzy mają sporo za uszami, ale niektóre rzeczy trzeba im wybaczyć. Film w ich rękach staje się produktem, a ten trzeba przecież sprzedać. Równie dobrze moglibyśmy krytykować sklepy, którym zależy na przedstawieniu swojej marki klientom. Być może nie wszystkie zagrania dystrybutorów są czyste, być może stosują niekiedy ciosy poniżej pasa, na które z łatwością nabiorą się „niedzielni widzowie”. Nie zapominajmy jednak, że pieniądze dla firm oznaczają, że będzie je stać na wprowadzenie kolejnych filmów na ekrany.

Zatem jak bądź zarzucane na nas przynęty nie muszą się nam podobać, to sprawiają one, że możemy oglądać w kinach kolejne dzieła, przy których z pewnością zastosowane zostaną kolejne marketingowe tricki. I tak koło dystrybucji filmowej toczy się dalej.

Robert Skowronski